Opowiadania

Pisanie, chyba jak każdy proces twórczy, nie jest jednolite i proste. Czasem są dni, gdy do głowy wpada jedna myśl, jeden obraz, zupełnie niespójny i niejasny, ale dobry. Dość dobry, by zostać na miesiąc, nawet kilka. Potem człowiek się orientuje, że właściwie to zna całe tło i to już nie jest jedna scena, a materiał na solidną książkę.

Czasem jednak wpada do głowy pojedynczy pomysł i już wiadomo, że w nic więcej się nie rozwinie. W swojej formie jest najlepszy, a rozbudowany zgubiłby swój urok. Wreszcie czasem siada się do pisania tak po prostu, żeby nie wyjść z wprawy, albo żeby spisać pomysł, którego nie chce się pchać do żadnej antologii, ale też którego nie da się zapomnieć. Jeden z tych obrazów, upierdliwych jak komary latem, albo kosiarki z rana. Jeśli o mnie chodzi, to do tej ostatniej grupy zawsze mam największy sentyment. To teksty, których nie planuję sprzedać, nie planuję nigdzie wysyłać. Pisane dla frajdy, czasem głupie, czasem smutne, na ogół wyrwane z kontekstu, może trochę spłycone, albo na odwrót!

Przeintelektualizowane do przesady, zbyt patetyczne, zbyt artystycznie metaforyczne. Jednak moje. Dla mnie cenne i ważne. Do tej pory trzymane w szufladzie wreszcie ujrzą światło dzienne. Miłej lektury i proszę, bawcie się nimi, jak ja bawiłam się słowem, gdy je pisałam. Nie oceniajcie surowo. Nie miały być z założenia doskonałe.