Nad urwiskiem

Niektóre opowiadania nie powinny mieć ani wyraźnego końca, ani wyraźnego początku, a już tym bardziej żadnych zbędnych wyjaśnień. Powinny być obrazem, kadrem przedstawiającym jedną tylko chwilę.

Od Autorki

Mężczyzna stał nad przepaścią przyglądając się rozgwieżdżonemu niebu. To był jeden z tych kolejnych nowych, dziewiczych światów. Jeszcze bez ludzi, jeszcze bez większych zwierząt. Ciemność, jaka go otaczała, usłany białymi punktami firmament nad jego głową, chłodny wiatr wiejący mu prosto w twarz. Musiał przyznać, że było coś w tym widoku pięknego. Nawet, jak dla niego, który widział już tak wiele, narodziny nowego świata dawały choć cień nadziei, że tym razem wszystko ułoży się inaczej.

Im dłużej o tym wszystkim myślał, im dłużej się nad tym wszystkim zastanawiał, wiele odpowiedzi stawało się oczywistych, pewne motywy wreszcie zrozumiałe. Złość powoli bledła, gorycz traciła swój ohydny posmak i choć wciąż nie wybaczył i przez tyle lat pamiętał, a czas płynął tak niemiłosiernie powoli, przynajmniej wreszcie zaczynał widzieć cały obraz. Decyzje, które zostały podjęte, słowa, które zostały wypowiedziane. Nie będzie miał litości, ale nie pozwoli sobie też na ślepą furię. W końcu nawet jeśli rozumiał, to wciąż była zdrada.

Kobieta podeszła bliżej, stanęła na wyciągnięcie ręki od mężczyzny i w milczeniu spoglądała w przepaść. Nie musiała nic mówić, nie musiała nawet na niego patrzeć. Wystarczyło, że tam była. Zbyt długo się znali, żeby musieli używać słów, ale czasem to właśnie te słowa były im potrzebne najbardziej.

– Dziewiczość nowego świata zawsze ma w sobie to wyjątkowe piękno – powiedziała spokojnie.

– Wszystko, co czyste i pierwotne, ma swój urok – odpowiedział delektując się zapachem chłodnego powietrza. – Co cię do mnie sprowadza?

Słysząc to pytanie, kobieta zaśmiała się gorzko. Co ją do niego sprowadzało? Lata walki, krew na rękach, obrazy krzywdy i cierpienia, obłęd żyjących, ignorancja nieśmiertelnych… Mogłaby wymieniać godzinami, ale jaki miałoby to sens? On to rozumiał, wiedział o tym. Na to nie było lekarstwa.

– Przyszłam ci potowarzyszyć. – Wyznała wreszcie i po raz pierwszy od dawna nie skłamała.

– Myślałem, że to ja mam ci potowarzyszyć – stwierdził przyglądając się niebu. — Że mam ci użyczyć ramienia.

– Nie potrzeba – odpowiedziała zmęczonym głosem. – Za wiele, za szybko, za często. Nie dość dobrze, nie dość wydajnie, nie dość zwięźle. Musi być wydajniej, musi być lepiej, musi być inaczej. Nie chcę myśleć. Dość mam odwiecznych pytań.

Rozumiał ją, zresztą nie pierwszy raz słyszał to z jej ust. Co jednak miałby jej poradzić? Co zrobić? Nie, ona nie prosiła go o nic, po prostu chciała porozmawiać. Nie pragnęła, by się w to mieszał, nie potrzebowała jego pomocy, bo w końcu czy sama nie potrafiła tego wszystkiego rozwiązać? Potrafiła. Przecież czuł od niej krew innych, która splamiła jej ubranie.

– Dalej ci nie wybaczyłem – powiedział od niechcenia. – Zrozumiałem lepiej, ale nie wybaczyłem.

– Wiem i nie oczekuję tego ani trochę. –  Ona również się uśmiechnęła, ale wtedy on spoważniał i odwrócił się w jej stronę, a potem oznajmił z pełną powagą:

– Będę zawsze przy tobie. Nie pozwolę cię skrzywdzić, nie pozwolę cię zabić, nie pozwolę cię okaleczyć. Będę zawsze tuż obok, więc nigdy nie będziesz sama, nigdy nie będziesz wolna ode mnie. Gdy jednak będziesz już o krok od spełnienia swojego plany, gdy staniesz się wreszcie śmiertelnym, niewiele wartym człowiekiem, ja też będę tuż obok. Znajdę cię i będę cię znajdywał raz za razem. Będę cię zabijał i zabijał bez końca. Odbiorę ci wszystko to, co jest ci najdroższe, wszystko to, co kochasz i co jest dla ciebie ważne. A gdy wreszcie ujrzysz koniec tego, gdy zobaczysz drogę do wolność, znajdę cię po raz ostatni i dopiero wtedy podejmę decyzję, czy rozerwę na strzępy twoją duszę, czy pozwolę ci dalej bawić się w ten absurd.

– Dobrze – odparła bez namysłu. – Jakąkolwiek decyzję nie podejmiesz, zaakceptuję ją tak, jak ci to obiecałam.

Pokręcił głową z rezygnacją, potem spojrzał znów w niebo.

– Twojej akceptacji boję się czasem najbardziej Al – szepnął, po czym odwrócił się na pięcie i zniknął w odwiecznym mroku portalu.

– Miłego dnia Jadeicie – odpowiedziała też szeptem wiedząc, że już jej nie słyszy. – Miłego końca i osądu, gdy nadejdzie ten dzień.

Zaśmiała się cicho sięgając po papierosa. Na niebie pojawiły się pierwsze oznaki nadchodzącego wschodu słońca, a to oznaczało tylko jedno. Przerwa dobiegła końca. Niebo znów jej potrzebowało.