Nauczka

Mało mam okazji do pokazania głębi relacji łączących Airo i Boży Intelekt. Pamiętam, że siadałam do tego opowiadania z myślą, że chciałabym napisać coś o tej właśnie głębi. Po pierwszych kilku zdaniach, jak to zwykle bywa, obraz zaczął żyć własnym życiem, a historia postanowiła opowiedzieć się sama w zupełnie inny sposób. No cóż, może nie ma tu tej głębi, której oczekiwałam siadając do pisania, ale przynajmniej jest troska. Chora i wypaczona, ale jednak troska. 

Od Autorki

Hol Drugiego Poziomu Nieba był cichym miejscem, pełnym spokoju i kojących, pastelowych barw. Pracujący tam Anioł Porządkowy uśmiechał się przyjaźnie do zwracających się o pomoc dusz, a Rada Starszych nie miała w zwyczaju zamykać drzwi do swej Sali Obrad. Choć nie zawsze było tu tak idealnie, jak tego wyjątkowego dnia, to z pewnością nigdy nie było tak źle, jak źle być potrafiło na Pierwszym Poziomie Nieba.

Wśród cichych rozmów i dusz spokojnie oczekujących na oczyszczenie, dwie postacie dziwnie nie pasowały do tego błogiego miejsca. Przywódca Drugiego Pokolenia Łączników stał oparty o ścianę, z rękoma splecionymi na piersi i pełnym pychy uśmiechem wymalowanym na twarzy. Towarzyszący mu blondyn opowiadał o czymś z przejęciem dbając, by nikt niepożądany nie podsłuchał tej rozmowy. 

– …w każdym razie sprawa zapowiada się poważnie. – Dokończył blondyn bacznie obserwując swojego zwierzchnika i uśmiechając się przy tym głupkowato.

– Głupota. Nawet jeśli Trzynasty jest w to faktycznie wmieszany, to nie ma znaczenia. To tylko świr, którego Niebo trzyma od dawna na krótkiej smyczy – odpowiedział wściekły przywódca. 

– Doprawdy? – Nagle do rozmowy włączył się ktoś trzeci. – Ja na waszym miejscu srał bym w gacie, gdybym miał mieć z nim do czynienia.

Mężczyźni podskoczyli, jak na komendę i z mocniej bijącymi sercami spojrzeli na stojącego tuż obok mężczyznę. Był średniego wzrostu, szczupły, raczej drobnej budowy, choć wcale nie sprawiał wrażenia słabego. Jego białe włosy spływały miękko do samego pasa zlewając się z całkowicie białym strojem. Przez chwilę myśleli, że mają do czynienia z jakimś Aniołem, ale gdy pierwszy szok minął, wyczuli aurę przybysza. Otaczająca go energia z pewnością nie mogła należeć do żadnego z mieszkańców Nieba. Była zimna i przesiąknięta mrokiem światów, pomiędzy którymi krążył od lat. Była podobna do…

– Pies na posyłki Bożego Intelektu – warknął Przywódca.

Słysząc jego słowa, blondyn odskoczył od przybysza, jak oparzony, mówiąc:

– Co to ścierwo tu robi do cholery?

– Mam na imię Airo. Chciałem zauważyć, że nie macie zbyt zróżnicowanych określeń. Psem na posyłki nazywacie zawsze Boży Intelekt, a określenie kogoś ścierwem jest raczej domeną Al. Macie coś więcej dla mnie? Coś unikalnego może? Byłbym zachwycony…

– Stul pysk. – Przywódca błyskawicznie sięgnął po swój krótki miecz i przycisnął do gardła białowłosego mężczyzny. – To naruszenie granic Nieba. Zabiję cię skurwielu i Boży Intelekt ci tu nic nie pomoże.

– Naruszyłeś nielegalnie granice! – krzyknął blondyn krążąc dookoła swojego zwierzchnika z jednym ze swoich noży w prawej dłoni. – Myślałeś, że będziemy tolerować naruszenie granic?! Myślałeś, że możesz tu sobie tak wejść?!

Słysząc wrzaski dobiegające z korytarza, Rada Starszych Drugiego Poziomu wyszła sprawdzić, co się dzieje. 

– Panowie? – spytał jeden z członków przerażony tym, co ujrzał. – To nie Pierwszy Poziom. Natychmiast odłóżcie broń. W imię Boga! Co wy wyprawiacie?

– Nie wtrącajcie się! – wrzasnął przywódca. – Zabijemy śmiecia za naruszenie granicy Nieba. Poinformujcie Najwyższy Poziom o tym! To wina Bożego Intelektu, jak nic!

Przyciśnięty do ściany białowłosy mężczyzna obserwował całą scenę z nieskrywanym rozbawieniem. Nawet nóż na gardle nie był w stanie zepsuć mu humoru.

– Nie śmiecia, tylko Airo jeśli można Bordowoskrzydły. A jeśli już chodzi o to nielegalne…

Ostrze zatopiło się w jego skórze, ciepła krew spłynęła na białe szaty. Nim jednak broń Przywódcy zdołała zrobić mu większą krzywdę, cichy głos wypełnił hol. 

– Nie waż się pociągnąć ostrza dalej – powiedział potężny Anioł wyłaniający się zza rogu i zmierzający do atakujących szybkim, choć dalej dostojnym krokiem. – Jak w ogóle śmiałeś przelać krew w Niebie głupcze?

Mężczyzna zamarła, a potem niechętnie, ale zabrał broń i puścił Airo. Oto kilka kroków przed nim stanął Boża Miłość, jeden z najwspanialszych Aniołów Nieba, emanując potężną energią miłości pomieszanej z gniewem. Rada w milczeniu oddała mu pełen szacunku pokłon, tak samo, jak skryty za biurkiem Anioł Porządkowy. Wszyscy w napięciu czekali, jak dalej rozwinie się sytuacja. 

– To nie jest Pierwszy Poziom. Nie macie tu żadnej władzy, ani nie podlegacie pod tę Radę, więc nie wiem, co wy tu w ogóle robicie – Boża Miłość mówił cichym, melodyjnym głosem, ale jego twarz pozostawała niczym maska. – Jak śmiecie dopuszczać się tu rozlewu krwi?

– Milcz Aniele. – warknął blondyn widząc, jak jego przywódca powoli chowa broń, a potem zaciska z całych sił pięści. – Są prawa, których nawet ty nie możesz ignorować. 

– Jesteśmy Łącznikami Boża Miłości. To ty zapomniałeś chyba, że nie podlegamy pod twoje rządy.

– Jesteście Łącznikami Drugiego Pokolenia – powiedział Anioł uśmiechając się w jakiś dziwnie obcy mu, przerażająco zimny sposób. – Służycie ludziom, podlegacie pod Pierwszy Poziom. Jestem przedstawicielem Najwyższego Poziomu Nieba. Ubolewam nad waszym brakiem znajomości Niebiańskiej Hierarchii zgodnie z którą podlegacie też i mnie. 

Przywódca nie był w stanie dłużej hamować swojego gniewu. Na chwilę zapomniał o Airo i swoim planie zabicia go, a zamiast tego całą swoją uwagę przerzucił na znienawidzonego Anioła. Szybkim krokiem podszedł do niego, po czym dźgnął go palcem w klatkę piersiową patrząc wyzywająco w oczy. Serca wszystkich, którzy obserwowali tę scenę, zamarły. Nawet towarzyszący mu blondyn poczuł, że przekroczono jakąś granicę, której nikt nigdy naruszać nie powinien. Powietrze nagle zafalowało, atmosfera stała się jeszcze cięższa, a w powietrzu pojawił się odór krwi i kadzidła. Po chwili z mroku portalu wyłoniła się Boży Intelekt w swoim długim do ziemi, skórzanym płaszczu. Jej stalowe oczy od razu skupiły się na Przywódcy. 

– Bordowoskrzydły… – Zaczęła mówić, ale mężczyzna przerwał jej w połowie zdania.

– Milcz kurwo! Dość już mam twoich gierek. Plamisz Niebo swoim istnieniem, a teraz jeszcze pozwalasz bezcześcić je takim śmieciom, jak ten twój sługa? Znasz zasady. Gówno mnie obchodzi, że jest od ciebie, zabiję go za naruszenie granic.

Kobieta przeniosła wzrok na Anioła i kłaniając się na powitanie spytała:

– Boża Miłości?

– Nie, Boży Intelekcie. Dziękuję ci bardzo, ale poradzę sobie sam – odpowiedział jej Anioł.

Dokładnie w chwili, gdy te słowa zostały wypowiedziane, z ciała Bożej Miłości wydobyła się potężna energia, a na plecach pojawiły się ogromne, piękne skrzydła. Szczupła dłoń ujęła  delikatnie nadgarstek Przywódcy wysyłając do niego impuls mocy. Mężczyzna wrzasnął czując przeszywający mu kości ból. Wiedział, że nie doszło do rozszczepienia, ani złamania, ale pomimo tego jaskrawe światło ostrzegawcze w jego mózgu wręcz eksplodowało zmuszając go do natychmiastowego wyszarpania ręki. Szarpnął raz, potem drugi, jednak na nic mu się to nie zdało. Uścisk Bożej Miłości, który zdawał się jedynie muśnięciem, okazał się twardszy od żelaza. Wszystko nie trwało dłużej, niż kilka sekund, ale gdy wreszcie delikatna dłoń postanowiła ustąpić, Przywódca osunął się na podłogę mając wrażenie, że nigdy wcześniej nie doznał tak wielkiej ulgi. Nie ostudziło to jednak ani trochę jego furii. Uniósł wzrok i spojrzał z nienawiścią na potężnego Anioła. Dopiero, gdy to uczynił, dostrzegł, jak potężna moc otacza tę delikatną istotę.

– Przywódco Drugiego Pokolenia Łączników wiedz, że jest to pierwsze i ostatnie ostrzeżenie, jakie otrzymasz. Nigdy więcej nie waż się ani ty, ani żaden z twoich ludzi, podnieść ręki na mieszkańca Nieba.

Mężczyzna roześmiał się z pogardą .

– Jesteś taki potężny, ale prawo Nieba stoi po mojej stronie. Intruz musi umrzeć.

– Mylisz się – powiedział spokojnie Boża Miłość ukrywając swoją prawdziwą moc, a wraz z nią potężne skrzydła. – Airo został wezwany do Nieba w celu dostarczenia przesyłki. Gdybyś nie był takim głupcem, dostrzegłbyś wiszącą na jego szyi przepustkę.

Bordowoskrzydli momentalnie odwrócili głowy w stronę białowłosego mężczyzny. Faktycznie na jego piersi znajdowała się niebiańska przepustka wystawiona przez Najwyższy Poziom Nieba, a podpisana przez jednego z Archaniołów. Widząc to obaj mężczyźni zbledli momentalnie. Natychmiast przeprosili, pokłonili i zniknęli bez choćby jednego słowa skargi, lub bezsensownego protestu. Boża Miłość westchnął ze znużeniem kłaniając się nisko Airo. 

– Wybacz, że w miejscu zwanym Domem Boga spotkała cię taka zniewaga. Pomyśleć, że o mało nie przypłaciłeś życiem za przysługę, o którą my sami cię poprosiliśmy.

Białowłosy mężczyzna uśmiechnął się lekko.

– Słyszałem na swój temat gorsze rzeczy, a mówili je lepsi od nich. Odnosiłem też cięższe rany. Oto wasza przesyłka – powiedział wręczając niewielki pakunek. – Zaszczytem było ujrzeć twą prawdziwą moc, nie wspomnę o możliwości odwiedzenia Nieba za życia, ale pozwolisz, że już się pożegnam. Choć chętnie zostałbym dłużej, to boję się, że następny oszołom odrąbie mi głowę, zanim o cokolwiek spyta.

Airo pokłonił się nisko Aniołowi, po czym zniknął ignorując całkowicie obecność Bożego Intelektu. Kobieta z rozbawieniem pokręciła głową. 

Boża Miłość wszedł do swojego niewielkiego, prywatnego gabinetu wyraźnie wzburzony. Idąca za nim Boży Intelekt zamknęła ostrożnie drzwi i oparła się o nie plecami wyciągając z kieszeni paczkę papierosów. 

– Na litość Boską chociaż teraz tu nie pal. – Anioł powiedział cichym, pełnym złości głosem.

Kobieta uniosła brwi ze zdziwienia, ale nie odezwała się ani słowem posłusznie chowając paczkę z powrotem do kieszeni.

– Uspokój się. Airo nic się nie stało.

– Teraz nie, ale gdyby mnie tam nie było? Gdybyś ty była daleko? Zabiliby go za to, że to ja poleciłem go na posłańca w tej sprawie. Nie ty, tylko ja. Al, miałbym jego krew na rękach! Jego niewinną krew!

Słysząc te słowa kobieta skrzywiła się lekko i podeszła do Bożej Miłości łapiąc go mocno za ramiona.

– Nic się nie stało. Airo nie jest taki bezbronny, jak może ci się wydawać. To już nie jest dzieciak, którego przygarnęłam lata temu. Bliżej mu do nas teraz, niż do śmiertelnych. Przewyższa mocą niemal wszystkich długowiecznych, jakich znam.

– I co z tego? To byli Bordowoskrzydli! Może nie dorównują wam, Pierwszemu Pokoleniu, siłą, ale na pewno przewyższają nawet najlepszych Egzekutorów Nieba. Tak, nawet tych pierwszych, których osobiście szkoliłaś. Nawet przy wyjątkowym łucie szczęścia mógłby najwyżej sparować jeden cios.

Boży Intelekt wyprostowała się po tych słowach, puściła ramiona Anioła i splotła ręce na piersi mówiąc spokojnym głosem:

– Histeryzujesz.

– Co?! – wrzasnął nie dowierzając własnym uszom Boża Miłość.

– Histeryzujesz do cholery. Uspokój się. Zapomniałeś o jednej rzeczy…

Airo opuścił portal na skraju Międzystanu. Otaczała go smolista czerń niezdefiniowanej części tego pełnego dziwów miejsca. Właśnie układał sobie w głowie plan działania próbując jak najwydajniej ustalić kogo powinien odwiedzić w pierwszej kolejności, które z zadań jest najważniejsze, a czym najlepiej zając się później. Nie minęło wiele czasu, gdy wyczuł, że nie jest dłużej sam. Odwrócił się powoli czując lekki ukłucie niepokoju. Kiedy ostatni raz je czuł? Rozejrzał się dookoła sondując jednocześnie otoczenie. To, czego się dowiedział, wcale go nie uspokoiło. Z mroku wyłonił się Przywódca Drugiego Pokolenia Łączników. 

– Witaj suko – powiedział podchodząc powoli.

Airo spojrzał na trzymane w rękach noże. Z głowy umknęły mu nagle wszystkie myśli, umysł całkowicie skupił się na zbliżającej się konfrontacji. 

– Witaj Bordowoskrzydły. Co mogę dla ciebie zrobić, poza przypomnieniem ci, że na imię mi Airo?

– Nie nazywaj mnie tak śmieciu – warknął tamten krążąc dookoła, jak drapieżnik szykujący się do skoku. – Nie wiesz nawet, co to znaczy.

– Ależ tak się składa, że wiem. Wasze skrzydła, sam nie wiem po co je wam dano, są bordowe od krwi Świętych, których wyrżnęliście w Niebie.

Cichy warkot wydobył się z gardła Przywódcy. 

– Gówno prawda. To stek kłamstw wymyślonych…

– Doprawdy? Przekażę Pierrotowi, że nazwałeś go kłamcą.

Przywódca zwolnił, jego twarz napięła się zdradzając wyjątkowo źle skrywany strach. Airo roześmiał się widząc reakcję Łącznika. 

– Uważaj lepiej…

Białowłosy pokręcił lekko głową, po czym znów zaczął mówić:

– Powiem też Pokerzyście, Grabarzowi, Granicznik, Ślepcowi, Wisielcowi, Mówcy, Lustereczku, Pioneczkowi… 

Oczy trzymającego noże Łącznika, stały się zupełnie puste od bezmyślnej nienawiści. 

– Nie powiesz nic – szepnął rzucając się do ataku.

Był szybki. Za szybki. Airo włożył całą swoją energię w uniknięcie sukinsyna, ale i tak poczuł wibrującą w jego ciele moc. To nie były żarty. Jeśli chciał przeżyć, musiał działać szybko, dlatego od razu przystąpił do przemiany. Mięśnie uwydatniły się, paznokcie zmieniły w krótkie, ale ostre jak brzytwa szpony, zęby w szereg grubych igieł. Aura chłodnego piękna zniknęła zastąpiona energią odwiecznego łowcy.  

– Kto by pomyślał, że suka Al jest tak naprawdę Ścierwojadem.

– Mylisz się – odpowiedział spokojnie białowłosy mężczyzna zbierając całą swoją energię i szykując się do odparcia kolejnego ataku. – Jestem Pożeraczem Dusz.

Przywódca zatrzymał się opuszczając noże. 

– Myślałem, że was skurwysyny wybito dano temu.

– Nieliczni z nas przeżyli – Airo uśmiechnął się dodając. – Spieprzyliście sprawę, jak widać. Zresztą nic nowego. Zawsze jakoś udaje wam się to zrobić. 

Mężczyzna ponownie uniósł broń, ale tym razem wyzwolił ukrywaną energię. Moc, jaką wyczuł Airo, była ogromna. Stanowczo zbyt potężna, by mógł ujść z tego starcia z życiem. Gdy Bordowoskrzydły ruszył, umysł Pożeracza skupił się na telepatycznym nadaniu jednej tylko myśli.

Al! 

Kanał był zamknięty. Al odcięła się od wszystkich. 

Jeden cios zwalił go z nóg. Miał szczęście, że Przywódca jeszcze się z nim bawił. Pewnie rozmawia z Bożą Miłością, pomyślał gorzko się uśmiechając. Kto by przypuszczał, że będzie kiedykolwiek żałował, że Boży Intelekt akurat nie siedzi mi w głowie. 

Gdy Airo próbował wezwać pomoc, dłonie Bordowoskrzydłego znów zacisnęły się na nożach, Łącznik szykował się do zadania kolejnego ciosu, może nawet całej serii. Airo wiedział, że nie będzie w stanie ich odeprzeć nieważne, jak wiele energii by włożył w ochronę, dlatego skupił całą swoją moc na jedynym, co mogło go uratować. 

– Niezły jesteś – powiedział Bordowoskrzydły znów zaczynając krążyć dookoła swojej ofiary. – Nie sądziłem, że zdołasz przetrzymać choć jeden mój cios, a ty wytrzymałeś nawet dwa.

Donośny śmiech wyrwał się z jego gardła. Po chwili uspokoił się jednak dodając:

– Dobrze się składa, że postanowiłem cię teraz załatwić. Kto wie, jak silny stałbyś się za kilka lat? Może nawet dorównałbyś któremuś z nas? Nie, nie sądzę, ale lepiej nie ryzykować. Zabiję cię teraz, póki jeszcze jesteś słaby…

Airo ledwie rejestrował słowa swojego przeciwnika. Jego umysł właśnie tworzył cholernie szeroki kanał telepatyczny, którego utrzymanie będzie go kosztowało całą energię, jaką tylko jeszcze miał. No cóż, nie pozostało mu i tak nic innego. Myśląc o tym miał ochotę głośno się roześmiać. Nie wiedział nawet, czy którykolwiek z nich odpowie na jego wezwanie. Nie, prawdopodobnie zignorują je, zablokują tak, jak Boży Intelekt. Kim w końcu był dla nich, jak nie prawą ręką tego chorego popaprańca? On sam nie znaczył dla nich pewnie nic. Gdyby to Boży Intelekt ich wezwała, przybyliby szybciej, niż zdążyłaby zakończyć wiadomość. Cholera, życie nigdy go nie oszczędzało. 

– …zresztą to i tak nie ma znaczenia. Czy ty mnie w ogóle słuchasz, suko? Co ty tam kombinujesz gnoju?

– Mam na imię Airo i jestem mężczyzną ty cuchnąca kupo gówna – warknął Airo nadając komunikat:

POMOCY!

Bordowoskrzydły wyczuł, że jego ofiara zużyła całą swoją energię. Jakiś głos w jego umyśle podpowiedział mu, że została nadana prośba o pomoc. Dzika furia zalała jego umysł, choć pycha uspokajała, że przecież i tak nikt nie zareaguje, a nawet jeśli, to przecież nie zdążą na czas. Ostrza dwóch noży błysnęły, przywódca skoczył z dzikim wrzaskiem na Airo.   

Za wysoką, mahoniową ladą stał mężczyzna w jedwabnym stroju. Jego czarne włosy splecione w długi warkocz, przerzucone zostały przez prawe ramię. Oczy koloru indygo śledziły uważnie długą kolumnę liczb sprawdzając, czy nie wdała się w nie jakaś nieprawidłowość. Szczupła dłoń wędrowała właśnie w stronę okrągłych okularów, gdy zatrzymała się nagle. Umysł mężczyzny odebrał przedziwną wiadomość. 

Wysoki mężczyzna o martwym spojrzeniu kogoś, kto widział całą wieczność, siedział właśnie na swoim tronie w miejscu, o którym nie chciał myśleć sam Bóg. Czarne włosy zsunęły się na zimne oczy, które spoglądały przez czas i materię widząc wszystko to, co chciał zobaczyć ich posiadacz. Pradawny właśnie monitorował granice Wszechświata, gdy usłyszał wezwanie. Kto by pomyślał… Donośny śmiech rozszedł się w mroku przyprawiając o ciarki wszystkich, którzy mieli dość pecha, by go usłyszeć. 

Ubrany w satynowy kostium pajaca mężczyzna o wymalowanej białą pomadą twarzy czyścił właśnie swoją ukochaną broń. Ogromne, śmiercionośne wahadło spoczywało na jego szczupłych kolanach, a skryte w czarnych rękawiczkach dłonie z czułością przecierały ostrze naoliwioną szmatką. W świecie, gdzie czas liczony jest na trzy, a dookoła są sami szaleńcy, priorytety ulegają pewnym wypaczeniom. Właśnie o tym myślał o tym, gdy nadeszła wiadomość. 

Siedział w swoim ukochanym miejscu. Woda szumiała cicho wypływając z niedużej fontanny, stare drzewo jabłoni kwitło przepięknie dodając scenerii prawdziwej magii. Księżyc oświetlał okolicę swym zimnym blaskiem, a on podziwiał otaczające go gwiazdy. Srebrna tunika i spodnie, które miał dziś na sobie, przyjemnie kontrastowały z mrokiem otoczenia. Świeże  powietrze przesycone było słodkim aromatem nagrzanych za dnia roślin. Ależ się zdziwił, gdy dotarła do niego ta niezwykła prośba.

Niski, drobny mężczyzna z ozdobionym zębatkami kapeluszem na głowie, żywcem odzierał właśnie ze skóry kolejnego tego dnia nieszczęśnika. Obok stosu świeżych ciał, niby nigdy nic, stał talerzyk pełen świeżych ciasteczek. Mężczyzna spoglądał na nie od czasu do czasu wzdychając przy tym ciężko. Nie był zachwycony wybraną sobie formą rozrywki, ale nic ciekawszego do roboty i tak  nie miał… A może jednak miał, pomyślał z sadystycznym uśmiechem odbierając komunikat.

Wysoka kobieta z kasztanowymi włosami zaplecionymi w gruby warkocz właśnie rozmawiała ze swoją leżącą na sofie kochanką. Już miała zdejmować długi, skórzany płaszcz i wypolerowane oficerki, gdy przypomniała sobie o leżącym na stole liście. Kochanka spojrzała wyczekująco, gdy ta rozdzierała kopertę. Nim jednak zdołała wyjąć ukryty w niej list, jej umysł odebrał zupełnie inną wiadomość. 

Cios został zadany błyskawicznie. Nie, nie jeden. Była ich cała seria, a każdy z nich bolał, jak cholera. Czuł pękające kolejno kości, a to dopiero mózg zarejestrował zniszczenia po pierwszym zetknięciu się dwóch ciał. Miał ochotę roześmiać się, ale połamane żebra wbiły mu się w płuca.  Widział ruchy przeciwnika, ale nie czuł nic, poza wszechogarniającym bólem. Rozumiał co się dzieje, jednak ciało przestało nadążać za umysłem. W pewnym momencie poczuł tylko, jak się osuwa. Nogi nie były w stanie go dłużej utrzymać, pomimo tego dalej stał. Miał wrażenie, jakby ktoś objął go. Silne ramiona, a jednak delikatne. Zrobiło mu się ciepło, ból dalej trawił jego receptory, ale zszedł na drugie miejsce. Czy to były te sławne objęcia śmierci? Kto by pomyślał, że umieranie może być nawet przyjemne… 

Airo stracił przytomność, więc nie mógł zobaczyć ogromnego zdziwienia malującego się na twarzy atakującego go przywódcy Drugiego Pokolenia Łączników. Nie mógł też wiedzieć, że ramiona, które go podtrzymały, nie należały wcale do śmierci. Bordowoskrzydły z przekleństwem na ustach odskoczył najdalej, jak tylko mógł. Z nicości portalu wyłoniła się właścicielka tych tajemniczych rąk. Boży Intelekt we własnej osobie. Nim na dobre przeszła jednak przez wrota portalu, jej postać zafalowała i zmieniła się. Już nie była kobietą. Przed napastnikiem stał mężczyzna o stalowym spojrzeniu i pełnym niezadowolenia grymasie ubrany w krótki, czarny płaszcz, granatowe dżinsy oraz sięgające za kostkę kozaki. Już nie Boży Intelekt, a Al ułożył ostrożnie okaleczone ciało na ziemi, po czym przyłożył dłoń do klatki piersiowej. Wtłoczył w nią duży ładunek mocy umożliwiający pełną, bezbolesną, ale przede wszystkim niemal natychmiastową regenerację. Potem podniósł się powoli. Na jego twarzy nie gościł zwyczajowy uśmiech. Nagle Bordowoskrzydły odkrył, jakże przerażająca mogła być powaga. 

– Dziś zdążyłeś skurwysynie, ale następnym razem może ci się to nie udać – warknął przywódca Drugiego Pokolenia ściskając mocno dwa noże. Jego gardło było zaciśnięte, głos drżał, choć tak bardzo chciał nad tym zapanować.

– Nie będzie następnego razu – powiedział Al stojąc dalej spokojnie.

– Tak? A jak mnie powstrzymasz? Nie możesz mnie zabić! 

To nie zabrzmiało tak pewnie, jak powinno. Nie, to nie zabrzmiało ani trochę tak, jak powinno. 

Al nie odpowiedział na to. Mógłby go wyśmiać, mógłby go poniżyć, sprowokować, ale nie zamierzał tracić więcej czasu na nic niewartego śmiecia. Ten drugi uznał to za swoje prywatne zwycięstwo, za świadomą rezygnację z konfrontacji. Tchórz ukryty za maską pychy mało nie oszalał z radości. Nikt przy zdrowych zmysłach nie miał ochoty mierzyć się z Al, a już na pewno nie ze wściekłym Al. Już miał się roześmiać, otworzyć wrota do Nieba i uciec jak najszybciej, gdy wyczuł prawdziwą, potężną moc. Doskonale wiedział, co jest jej źródłem. Stojący przed nim sukinsyn wreszcie postanowił przestać maskować swój potencjał. Nim w pełni pojął znaczenie tego faktu, Al ruszył. 

Za szybko, by mógł zarejestrować dokładnie ruch. Za szybko, by mógł się przygotować, by mógł porządnie sparować. Al nie miał broni, ale broń nie była mu wcale potrzebna. Każdy jego cios miażdżył kolejne kości, każdy kolejny docierał do organów wewnętrznych. Wątroba, śledziona, lewa nerka, potem prawa. Kiedy stracił jedno oko? Zęby… a gdzie one się podziały? Jeszcze nigdy w życiu nie czuł tak potwornego bólu. Powinien umrzeć, ale… No tak, skurwysyn tańczył z nim sławne na cały Wszechświat Dance Macabre używając tej potwornej mocy nie po to, by go pokonać, ale po to, by go utrzymać przy życiu. Miał cierpieć. Al chciał, by cierpiał jak najdotkliwiej i jak najdłużej. Oto nadeszła jego kara. Krok do przodu, mocny chwyt za ramię, obrót, przechył, a nie. To złamany kark tylko. O teraz przechył i pęknięty w trzech miejscach kręgosłup. Piszczel przebiła skórę, bark wybity, kolejny cios w klatkę. Żebra przebiły płuca. Jeszcze większy ból. Dlaczego? A tak. Odmówiono mu łaski łagodnego uzdrawiania. Tkanki łączyły się gwałtem, ciało nie ulegało naprawieniu, ono mutowało osłabiając samo siebie. 

Dość. 

Proszę. 

Już dłużej tego nie zniosę. 

Proszę. 

Ból. 

Boże…

Błagam. 

To była niesprawiedliwa walka, ale czy i ta poprzednia nie była dokładnie taką samą? A czy z założenia nie miała też być równie okrutną? 

– Karma jest dziwką – powiedział mężczyzna o stalowych oczach unosząc jedną ręką zmasakrowane ciało przeciwnika.

W drugiej ręce trzymał jeden z dwóch noży odebranych swojej ofierze. Ruch był szybki, precyzyjny. Przebił kość czaszki, wdarł się w mózg, a potem świat się rozmył i nic już nie miało znaczenia, choć śmierć dalej po niego nie przychodziła. Ostrze przecinało miękką tkankę, bardzo precyzyjnie okaleczało… Melodyjny głos tak pełen pogardy powiedział:

– Dziś ja jestem twoją karmą.

Po tych słowach nastąpiło ostanie poruszenie noża. Część, w której zapisano wydarzenia ostatnich godzin została usunięta. Nie uszkodzono mózgu, okaleczono duszę. Nawet najlepsze uleczanie na nic się zda, bo wspomnienia opuściły umysł Przywódcy razem z ostrzem noża. 

Airo otworzył oczy na czas, by ujrzeć drugą połowę czegoś, co z założenia winno być walką. Chyba powinien przeszyć go strach, może obrzydzenie? Nie, nie czuł nic z tych rzeczy. Czuł spokój. Ogromny, niepojęty spokój. 

Mężczyzna o stalowym spojrzeniu upuścił zmasakrowane ciało z obrzydzeniem. Odwrócił się w stronę leżącego wciąż na ziemi Airo, uśmiech powrócił na jego twarz. Podszedł spokojnym, miarowym krokiem, pochylił się niby nigdy nic, a potem powiedział:

– Wstawaj śpiąca królewno. Masz dziś dzień wolny, możesz przestać udawać martwego.

Airo też się uśmiechnął. Co innego mógł zrobić?

– Pierdol się – powiedział pocierając twarz dłońmi.

– Miód na me serce lejesz.

Al wyciągnął dłoń w stronę białowłosego. Ten sięgnął po nią ze zdziwieniem stwierdzając, że nie czuje ani bólu, ani zmęczenia, a przecież rekonstrukcja tkanek powinna… No tak. Nieważne.

– Spóźniłeś się. Prawie.

– Kończyłem zdanie.

Airo skrzywił się lekko, po czym wyszeptał:

– Myślałem, że nie dotrze do ciebie mój głos.

– Nawet gdyby nie dotarł i tak bym wyczuł, gdybyś umarł – zapewnił Al. 

– Pocieszająca myśl. Dobrze, że chociaż ty go usłyszałeś. 

– Nie tylko do mnie on dotarł – odpowiedział czarnowłosy mężczyzna stając się nagle poważnym. 

Airo spojrzał ze zdziwieniem na Al. Co to właściwie znaczyło? Nie, w sumie nie chciał wcale tego wiedzieć. Żył jeszcze i miał się tak dobrze, bo wystrzegał się wszystkich cholernych pytań o rzeczy, których wiedzieć nie powinien. Tak było lepiej. 

Rozległy się oklaski. 

Białowłosy mężczyzna odwrócił się i ujrzał skrywające się w mroku zarysy postaci. Jedna, druga, trzeci, czwarta… piąta…szósta. Czy to możliwe? Sklepikarz, Jadeitowy Książę, Pierrot, Lucyfer, Szalony Kapelusznik, a nawet Moira. Przybyli wszyscy. 

–  Mogłeś nas uprzedzić, że przybędziesz na czas – powiedział spokojnie Lucyfer do Al pozdrawiając jednocześnie Airo. – Nie trudzilibyśmy się osobiście.

– Nie pieprz, to było cholernie dobre przedstawienie – stwierdził Szalony Kapelusznik dojadając swoje ostatnie ciastko. – Twoje zdrowie przyjacielu. Kto by pomyślał, że masz aż tak silne plecy.

– Najważniejsze, że jesteś bezpieczny. – Ucieszył się Sklepikarz zakładając na nos okulary, na co obruszył się Kapelusznik mówiąc:

– A choć raz mogłem być bohaterem, gdybyście nie ruszyli swoich tłustych dup.

Moira uśmiechnęła się tylko i pokłoniła Al, po czym zniknęła wracając w swoje strony. 

– Wracam, do czyszczenia broni – powiedział Pierrot również odchodząc.

– Czy on opuścił Drugą Stronę? – zdziwił się Jadeitowy Książę, na co nie kryjąc irytacji odpowiedział mu Lucyfer również otwierając sobie drogę prowadzącą do jego prywatnego ogrodu.

– Otworzył podwójnie portal idioto. Jesteś przywódcą Pradawnych i nie wyczuwasz nawet tak oczywistych rzeczy?

– Wyczułem, ale każdy pretekst do rozmowy z tobą jest dla mnie cenny. – Jadeit zaśmiał się idąc w ślady swych poprzedników.

Zaraz za nim podążył Sklepikarz. Szalony Kapelusznik westchnął ciężko, po czym podszedł do zmasakrowanego ciała. 

– Skoro już tu jestem to daj, ja się tym zajmę. I tak nie mam nic ciekawszego dziś do roboty.

– Dziękuję – odpowiedział Al otwierając wrota portalu.

Pierwszy Poziom Nieba był tego dnia wyjątkowo zatłoczony. Anioł Porządkowy krzyczał i rzucał stemplem, ale na niewiele się to zdawało. Rada Starszych jak zwykle zamknęła się w swojej Sali Obrad ciesząc się kolejnym dniem względnego spokoju. Kto mógłby przypuszczać, że zabawa dopiero się zacznie? 

Z początku nikt nie zwrócił uwagi na idącego spokojnie mężczyznę w dziwnym kapeluszu. W końcu to był Pierwszy Poziom, tu wiele rzeczy było na porządku dziennym. Kiedy jednak wlekące się za nim ciało zaczęło pojękiwać i zostawiać za sobą krwawą smugę, Ludzkie Dusze milkły jedna po drugiej ze zgrozą podziwiając chory spektakl. Anioł Porządkowy również umilkł. Z niedowierzaniem spoglądał na boleśnie regenerujące się ciało Przywódcy. Nie próbował jednak powstrzymać Kapelusznika, nie zamierzał też zadać choćby jednego pytania. Nie był głupcem.

Kapelusznik podszedł do drzwi Sali Obrad i otworzył je solidnym kopniakiem. Anioł szedł za nim, bo może i sam pytać nie chciał, ale ciekawość wzięła górę. Dwunastu odzianych w biel członków Rady zamarło, gdy okrwawione ciało zostało bezceremonialnie rzucone im na stół. Zapadła idealna cisza. Kto mógł dokonać tak okropnego czynu? Nie, to nie było najważniejsze. Kto zdołał tego dokonać? To chcieli wiedzieć. To musieli wiedzieć. Ciche jęknięcie ofiary złamało czar milczenia. Wrzaski wypełniły salę, w której nagle zaczęli się pojawiać przedstawiciele innych poziomów łącznie z tym najwyższym, którego reprezentował Boża Miłość. Anioł stał biały, jak ściana i nie odzywał się ani słowem. Wrzaski narastały, ale Kapelusznik uciął je jednym szybkim ruchem ręki. 

– To pierwsze i ostatnie ostrzeżenie – powiedział uśmiechając się najszerzej, jak tylko potrafił. – Jeśli jeszcze raz spróbujecie zaatakować naszego ulubionego chłopca na posyłki, zetrzemy was w proch.

Cisza w Niebie jeszcze nigdy nie była tak przerażająca. 

Koszalin, 03.2013