Nietypowe spotkanie

Mam ogromny sentyment do tego opowiadania. Dwie główne bohaterki to tak naprawdę postacie z gry online, w którą wtedy namiętnie grałam, a prowadzone przez nie rozmowy, to nic innego, jak spisana wymiana zdań mająca faktycznie regularnie miejsce między mną, a moim Ukochanym. Jeśli kogoś by to zaciekawiło, ja grałam strzelczynią i tak, naprawdę wiecznie zmuszałam uzdrowicielkę do noszenia moich gratów, bo sama miałam zapchany plecach po brzegi rzeczami, które na pewno mogły mi się jeszcze przydać. No i jeździłam na genialnym koniu, który w grze nazywał się Hell Horse. Wcale nie był kulawy. 

Od Autorki

Na niewielkiej polanie w środku lasu obozowały dwie kobiety. Przy niedużym ognisku czyściły swoje zbroje i przygotowywały bronie do dalszej drogi. Wyglądały, jak bliźniaczki. Podobnej postury, zbliżonego wzrostu, nawet włosy miały tak samo ogniste i identycznie ścięte. Tylko twarze się różniły. Jedna z nich, która właśnie kończyła polerować swój napierśnik, miała rysy bardziej delikatne, bardziej dziewczęce i dobrze oddające to, w czym była najlepsza – leczenie. Druga za to miała twarde spojrzenie, a mięśnie twarzy bardziej przywykły do ironicznego uśmiechu, niż szczerej radości. Nic dziwnego. W tym dziwnym duecie to ona właśnie odbierała innym życie.

Skończyły czyścić i naprawiać zbroje, zabrały się za swoją broń. Pierwsza usiadła wygodnie i wzięła na kolana długi kostur okuty na obu końcach metalem. Naoliwiła części narażone na rdzewienie, sprawdziła strukturę samego drewna, czy nigdzie nie pojawiły się pęknięcia. Nie była zadowolona wynikami inspekcji.

– Potrzebuję nowego kostura, albo kogoś kto będzie potrafił naprawić ten. W przeciwnym wypadku wytrzyma najwyżej jeszcze tylko kilka starć – powiedziała patrząc na drugą kobietę.

– Dobra – odpowiedziała tamta w skupieniu przeglądając swój bagaż. – Nie ma sprawy.

Uzdrowicielka westchnęła ciężko wiedząc, że tamta jej ani trochę nie słucha.

– Nie przejmuj się mną. Grzeb tam sobie dalej – oznajmiła nie kryjąc urazy w głosie.

– Nie zamierzałam, ale dzięki za troskę.

Mówiąc to druga kobieta wstała i podeszła do worka uzdrowicielki. Zaczęła w nim przez chwilę grzebać, po czym wyciągnęła sporej wielkości zawiniątko, w którym, jak się po chwili okazało, znajdowała się amunicja do jej strzelby.

– A ja się zastanawiałam, czemu to cholerstwo mi tak ciąży – warknęła uzdrowicielka podchodząc do worka i wysypując na ziemię całą jego zawartość. – Co jeszcze tam za śmieci upchałaś?

Strzelczyni roześmiała się na całe gardło, po czym rozsiadła wygodnie na swoim pniaku i obserwowała minę towarzyszki, gdy ta ze zgrozą odkryła, że właściwie z całej masy noszonych od kilku tygodni rzeczy, niewiele należy tak naprawdę do niej. Uzdrowicielka poczuła, jak podnosi jej się niebezpiecznie ciśnienie. Była już gotowa wszcząć dziką awanturę, ale właśnie w tym momencie rozległ się ogłuszający ryk jej białego tygrysa.

– Co jest…

Strzelczyni zerwała się na nogi i pognała zobaczyć, co się dzieje z ich wypoczywającymi nieopodal zwierzętami. Druga kobieta również rzuciła wszystko, by sprawdzić, czy jej pomoc będzie potrzebna. Ryk dobiegał zza gęstych krzaków. Plątanina gałęzi i cierni była tak zbita, że niemożliwym okazało się przedarcie przez nie, a okrążenie ich zajęło dłuższą chwilę. Wreszcie obie wojowniczki dotarły na miejsce. Ujrzały pochylającego nisko łeb tygrysa i stojącego naprzeciw niego konia. Pierwsze zwierze warczało groźnie próbując odstraszyć to drugie, ale koń wcale nie wyglądał, jakby miał ochotę ustąpić. Nie, wręcz przeciwnie. Pochylał nisko łeb patrząc wyzywająco w oczy tygrysa.

– O co im chodzi? – spytała uzdrowicielka chcąc podejść do swojego pręgowanego pupila.

– Stój – powiedziała strzelczyni łapiąc ją za rękę. – Pod łapami ma zająca. Walczą o zdobycz.

Wzrok obu kobiet skierował się pomiędzy łapy dzikiego kota. Faktycznie znajdowało się tam truchło zająca. Tygrys miał na pysku ślady krwi świadczące o tym, że to on upolował zdobycz. Nie przeszkadzało to jednak ogierowi do roszczenia sobie pretensji do świeżego mięsa.

– Który koń żre mięso? – spytała wściekła uzdrowicielka.

– Martwy – odpowiedziała Strzelczyni podnosząc kamyk z ziemi i celując w siedzącego na pobliskim drzewie gawrona.

Przez chwilę mierzyła, potem wzięła solidny zamach i trafiła ptaka prosto w łeb. Ten ogłuszony osunął się z gałęzi całkowicie zaskoczony atakiem. Gdy spadał na ziemię, koń w ułamku sekundy obnażył rząd ostrych, jak szpilki kłów i chwyciła ptaka, nim ten runął w pobliskie krzewy. Zęby weszły w ciało, jak w masło. Martwy koń podrzucił swoją zdobycz dwa razy do góry, a za trzecim rozgryzł ją na dwie połówki. Jeszcze przez chwilę bawił się swoim posiłkiem, aż wreszcie znudzony zaczął jeść. Tygrys wyraźnie zadowolony, również zabrał się do pałaszowania swojej zdobyczy natychmiast zapominając o zaistniałym sporze.

– Przeklęty, kulawy koń – warknęła uzdrowicielka odwracając się na pięcie i zmierzając w stronę ogniska.

– Nie jest kulawy do cholery. – Oburzyła się strzelczyni idąc tuż za swoją towarzyszką. – Martwy owszem. Przeklęty? Jak najbardziej, ale wszystkie cztery nogi ma w pełni sprawne.

Siedziały przy ognisku przeglądając swój ekwipunek. Szykowały się do dalszej drogi w trakcie której planowały zajść do pobliskiego miasta, aby uzupełnić braki. Jakby dobrze poszło, zarobiłyby też trochę na swoich łupach. Nie miały tego wiele, ale za to wszystko najwyższej klasy, więc były wyjątkowo dobrej myśli.

– Gdzie teraz jedziemy? – spytała strzelczyni.

– A gdzie chcesz? – odpowiedziała jej pytaniem na pytanie uzdrowicielka.

– Obojętnie, byle dobre pieniądze z tego były.

Słysząc te słowa druga kobieta roześmiała się złośliwie mówiąc:

– No tak. Zapomniałam, że masz na drugie imię Okradająca Trupy. Potrafisz nawet w połowie walki zacząć przegrzebywać kieszenie tych, którzy dopiero konają.

– Odpieprz się pani Taktyk. Ja przynajmniej nie rzucam się z bojowym okrzykiem na coś cztery razy silniejszego ode mnie, licząc na swoje szalone plany – stwierdziła spokojnie strzelczyni zanurzając swoje naboje w miseczce pełnej trucizny.

– Moje szalone plany nie raz nam skórę uratowały. Poza tym niby twoje podejście ma być lepsze? Wpadasz i strzelasz. Nawet nie zastanawiasz się, jakie masz szansę, albo jak zrobić to najefektywniej.

– Nieprawda. – Zaprzeczyła żarliwie druga kobieta. – Stawiam sobie zawsze jedno pytanie. Czy dam radę zabić to szybko? Jeśli tak, to po cholerę mi taktyka? Jeśli nie, to po co w ogóle mam się wysilać?

Dyskusja przerodziła się w wymianę złośliwości i słowną przepychankę, która jednak była już tak często powtarzana, że zaczęła przypominać swoisty rytuał odprawiany niemal z namaszczeniem średnio przynajmniej raz w miesiącu. No cóż, wszystko to miało swój wyjątkowy urok, którego żadna z nich nie zamieniłaby na spokojne życie w domku na wsi i choć ich stosunek do samej walki, jak i życiowa filozofia, różniły się diametralnie, to ostatecznie, gdy przychodziło co do czego, potrafiły doskonale ze sobą współpracować. Nie przeszkadzało im to jednak ani trochę utrudniać sobie życia na każdy możliwy sposób.

Jechały wąską, polną drużką w stronę pobliskiego miasta. Ustalały, co sprzedadzą w pierwszej kolejności i komu. Strzelczyni dosiadała swojego wielkiego, martwego ogiera ubranego w pancerz z kości łączonych żelazem. Cholerstwo ważyło z tonę, ale zwierzak, lub raczej trup zwierzęcia, zdawał się tego zupełnie nie zauważać. Szedł spokojnie przed siebie nie okazując najmniejszej nawet oznaki zmęczenia. Inaczej wyglądała sprawa z jadącym tuż obok tygrysem osłanianym przez zbroję wykonaną z magicznego stopu metalu, który choć był wyjątkowo trwały i gruby, zdawał się zupełnie nic nie ważyć. Mimo to, zwierzak był śmiertelny, a dźwiganie jeźdźca wraz z całym jego dobytkiem potrafiło dać się we znaki nawet tak potężnym mięśniom.

– Trzeba będzie zrobić za jakiś czas przerwę. – Zauważyła uzdrowicielka.

Strzelczyni tylko przytaknęła głową i dalej jechała pogrążona we własnych myślach.

Kiedy wjechały do porzuconego sadu, powietrze przed nimi zafalowało dziwnie, a ich zwierzęta spłoszyły się gwałtownie. Koń stanął dęba rżąc przeraźliwie, a tygrys podskoczył kilka razy, jakby coś parzyło go w łapy. Kobiety musiały użyć całej swojej siły, żeby nad nimi zapanować i choć trochę je uspokoić. Taka reakcja była niespodziewana. Zdarzyła się, jak do tej pory, tylko kilka razy, ale sytuacja zawsze okazywała się potem śmiertelnie groźna. Zaalarmowane nie zignorowały więc ostrzeżenia, choć dookoła nie były w stanie zauważyć absolutnie nic. Napięły mięśnie i rozglądały się uważnie gotowe zerwać w każdej chwili do ucieczki, lub podjąć walkę. W pewnym momencie rzeczywistość przed nimi została rozerwana. Pojawiło się wielkie pęknięcie, a za nim była tylko próżnia. Nigdy wcześniej nie widziały takich wrót. Były, jak zahipnotyzowane. Nie potrafiły oderwać od tego dziwactwa wzroku i choć doskonale rozumiały, że grozi im niebezpieczeństwo, nie były w stanie wykonać żadnego ruchu. Jak mysz spoglądająca w oczy węża, były całkowicie bezbronne wobec niepojętego magnetyzmu.

Ciężko ocenić, ile dokładnie czasu minęło, od kiedy pojawiła się szczelina. Zapewne wszystko trwało zaledwie kilka sekund, ale dwóm kobietom i ich pupilom wydawało się to całą wiecznością. Dziwny czar prysł dopiero w momencie, gdy ze szczeliny wyłoniły się dwie postacie. Pierwsza z nich była wysoką kobietą, dużo wyższą od wojowniczek. Miała sięgające pasa czarne włosy i długi, skórzany płaszcz. Jej ciężkie buty wykończone były metalowymi okuciami. Pomimo stroju ewidentnie przypominającego jakiś mundur, nieznajoma nie miała przy sobie żadnej broni.

Tuż za kobietą, pojawił się niższy o głowę od niej mężczyzna. Stanowił dziwny kontrast w swoim białym stroju i białych, jak śnieg włosach. Miał wyraźnie znudzoną minę i spojrzenie kogoś, kto doskonale wie, że nie ma sobie równych w walce. On też nie posiadał żadnej broni, ale to wcale nie sprawiało, że wydawał się wojowniczkom mniej groźny. Nie, właśnie ten jeden szczegół sprawiał, że oboje wydawali się jeszcze straszniejsi.

To było irracjonalne i dziwne za razem. Wojowniczki siedziały na swoich zwierzakach zastanawiając się, co powinny zrobić. Dwoje nieznajomych stało naprzeciw nich przyglądając im się… ze znudzeniem wymalowanym na twarzach. Znudzeniem? Były jednymi z najlepszych, a tamci sprawiali wrażenie, jakby przyglądali się dzieciom trzymającym patyki, zamiast prawdziwej broni. To nie powinno tak wyglądać. Ani trochę nie powinno tak wyglądać. Z drugiej jednak strony, czy mogły pozwolić sobie na śmiałość? Czy w tej sytuacji same siebie nie przeceniały? Tych dwoje nie pochodziło z tego świata, tego były pewne. Nie dało się od nich wyczuć żadnej wyjątkowej mocy i chyba nie władali też magią, ale może to tylko jakaś sztuczka. Może tak naprawdę potrafili tylko to zamaskować. Może… za dużo wątpliwości, zbyt wysokie ryzyko.

To był odruch. Sięgnęły obie po broń, gdy obcy opuścili dziwną wyrwę w ich rzeczywistości, ale czy powinny tę broń w nich wycelować? Uzdrowicielka spojrzała na strzelczynię, ta odwzajemniła spojrzenie jednocześnie powoli opuszczając rękę, w której trzymała już swoją strzelbę. Pierwsza kobieta zrozumiała sygnał i też puściła swój kostur. Obie jednocześnie spojrzały na nieznajomych, ale pilnowały się, by nie wykonać przy tym ani jednego gwałtownego ruchu. Ujęły wodze, spokojnie, nieśpiesznie sprowadziły swoje zwierzęta ze ścieżki. Stojąc na polu dały przejście przybyszom okazując im szacunek.

Więc o czym rozmawialiśmy? – spytała kobieta mężczyznę ruszając przed siebie nieśpiesznym krokiem, a ten z wyraźnie niezadowoloną miną odpowiedział jej:

O tym, że mnie tu wcale nie potrzebujesz. Al, mam taki zapieprz, że nie wiem, w co ręce wsadzić. Mam taki zapieprz przez ciebie. Pozwól, że podkreślę to jeszcze raz. Przez ciebie do cholery, a teraz będzie tego jeszcze więcej, bo ciągasz mnie po jakiś zapomnianych przez Boga zapizdowiach. Gdzie my w ogóle do cholery idziemy?

– Do Doliny Nadziei – odpowiedziała kobieta wyjmując paczkę papierosów i odpalając jednego.

Widzę że nazwa zobowiązuje – warknął mężczyzna machając wojowniczką na pożegnanie. – Czemu my nie możemy na czymś jeździć? Wszędzie na piechotę. Pasowałby mi ten tygrys.

Wojowniczki patrzyły na oddalających się nieznajomych ze zdziwieniem. Kim byli do cholery? Po co tu przybyli?

– W jakim oni języku mówili? – spytała cicho uzdrowicielka.

– Nie mam pojęcia, ale wszystko zrozumiałam – odpowiedziała strzelczyni dziwnie pustym głosem.

– Ja też. – Potwierdziła pierwsza kobieta i umilkła na dłuższą chwilę. — Może trzeba było zaatakować jednak? Nie wydawali się aż tak silni. Gdybyśmy zastosowały tę samą taktykę, jak wtedy…

– O zamknij się już do cholery! – Nie wytrzymała strzelczyni. – W dupę sobie możesz te swoje taktyki wsadzić. Połamali by nam wszystkie kości, nim ty byś zdołała mi dokończyć, o co ci chodzi.

– No na pewno nie o twoją taktykę! – oburzyła się uzdrowicielka zmuszając lekkim kopnięciem tygrysa, żeby ruszył znów na ścieżkę. – Jak ona brzmi? A tak. Wziąć broń i, pozwól, że cię tu zacytuję, napierdalać we wszystko, co się rusza.

– A co ci w niej nie odpowiada? Przez tyle lat jakoś się sprawdzała!

W ten oto sposób przerwana na chwilę dyskusja rozgorzała na nowo, jakby nikt nigdy im jej nie przerwał. W końcu ten wariant wymiany poglądów też znały już na pamięć.

Dwa miesiące później, gdy utrudzone walką z hordą demonów w górach, wojowniczki zajechały do najbliższego miasta sprzedać swoje łupy i kupić nową broń, dowiedziały się czegoś zaskakującego. Pewien karczmarz podając im po kuflu lokalnego trunku opowiedział im, co znaleźli podróżujący w karawanie kupcy. Podobno jechali za góry, do pewnego miasta położonego za wielkim borem, które słynie z najwspanialszego drewna. Byli już w połowie drogi, gdy zobaczyli coś dziwnego. Dolina wydawała się wyższa, zniknęły z niej stare drzewa, a ziemia była dziwnie pulchna. Och, coś wydawało się bardzo nie tak. Rozbili obóz, rozpalili ogniska i jeden z nich zaczął obchodzić uważnie teren. W pewnym momencie znalazł dużą szczelinę. Musiało tam być jakieś trzęsienie ziemi, czy licho wie, ale coś tam się obsunęło. Dziura miała głębokość kilku metrów, a na jej dnie leżały ciała. Handlarz zwołał resztę. Zaciekawieni zaczęli kopać, ale to, co odkryli, zdjęło ich grozą. To był masowy grób, wielka mogiła. Wysłano posłańca do miasta, przybyli ludzie. Kopali w różnych miejscach, a wszędzie znajdywali setki tysięcy ciał. Podobno była tam jakaś walka. Dwa wojska, które nigdy nie wróciły do domu. Mówią, że tam są, pod tą ziemią, opowiadał cichym głosem karczmarz. Że wszyscy nie żyją, że jakieś licho ich zabiło i ukryło przed oczami innych. Mówią, że wszyscy byli strasznie pookaleczani, jakby ich zbroje były ze szmat. Pancerze były pocięte, ale jaki metal mógłby tak łatwo zniszczyć nawet magiczne napierśniki i hełmy? Kobiety słuchały tej historii z zainteresowaniem, z jakim słucha się ciekawej bajki. Nie wierzyły w ani jedno słowo, aż do momentu, gdy dla okazania grzeczności gospodarzowi, nie spytały, jak ta polana się nazywała. Odpowiedź zmroziła im serca.

— Dolina Nadziei podobno — powiedział karczmarz konspiracyjnym szeptem. — Teraz nazywają to miejsce Doliną Demona i nikt nie chce się tam zapuszczać.

Kobiety zbladły, zapłaciły i gnane niezrozumiałym lękiem niemal pobiegły do swojego pokoju. Zamknęły dokładnie drzwi, zastawiły je, a potem bez słowa położyły spać. Tej nocy jednak, ani przez kilka następnych, nie zaznały żadnego snu.