Piknik

Zawsze lubiłam pikniki. Podoba mi się sama idea jedzenia na świeżym powietrzu, bez pośpiechu, bez omawiania, co jeszcze zostało tego dnia do zrobienia. To czas odpoczynku, śmiechu, cieszenia się chwilą. Każdy powinien sobie taki piknik raz na jakiś czas zafundować. Odciąć się na chwile od innych spraw, zapomnieć o obowiązkach, uciec od problemów dnia codziennego. Nawet Aniołowie i Pradawni, a może właśnie zwłaszcza oni. 

Od Autorki

To był piękny, ciepły i słoneczny dzień. Na błękitnym niebie leniwie przesuwały się pojedyncze obłoki, delikatny wiatr przynosił przyjemne ochłodzenie, a chylące się ku zachodowi słońce oświetlało okoliczną łąkę pomarańczowym blaskiem. Było w tym widoku coś magicznego, idealne letnie popołudnie. Wielka, czarna bestia przypominająca potomka niedźwiedzia i pumy podziwiała to wszystko z zachwytem nie mogąc się powstrzymać od smutnej refleksji na temat melancholii ukrytej za tym pięknem. Twórca tego obrazu ukrył w nim całą swoją tęsknotę za czymś, czego nikt inny nie pojmie. Bestia przechadzała się po bezkresnym obszarze, w którym nic nigdy się nie zmieniało i zawsze, ale to zawsze, wyczuwała tę samą tęsknotę za czymś tak delikatnym i nieuchwytnym, że nie sposób było tego nawet ubrać w słowa. 

Energia zafalowała, rozmyła się, a potem skrystalizowała nieopodal wejściowej furtki. Powstało rozdarcie czasoprzestrzeni i wrota portalu otworzyły się dla osoby, która stworzyła ten niebywały przybytek. Bestia zastanawiała się, czy powitać ją. Ziewnęła obnażając imponujące kły, ale nie pomogło jej to ani trochę w podjęciu ostatecznej decyzji.  Z drugiej strony w tym wyjątkowym miejscu czas stał, więc dlaczego miałaby się spieszyć? Nie, pośpiech nie pasował nawet do takiej chwili. Z ogromnej klatki piersiowej wymknęło się ciężkie westchnięcie.

Odgłos kroków stawał się powoli coraz głośniejszy, a zapach krwi i kadzidła coraz wyraźniejszy. Szelest materiału sugerował, że szczupła dłoń wsunęła się właśnie do kieszeni płaszcza po paczkę papierosów. Jakby na potwierdzenie tego, chwilę później rozbrzmiał syk zajmującego się tytoniu. Wiatr wiał bestii prosto w pysk, więc wyczuła bez problemu zapach dymu. Skrzypienie skóry i towarzyszący mu brzęk stalowych klamer przytwierdzonych do ciężkich butów, oraz sięgającego ziemi płaszcza przypominał dzwonienie ostróg kogoś, kto odmierza właśnie kroki w swoim ostatnim pojedynku na śmierć i życie. 

– Witaj Bestio – odezwała się zbliżająca powoli kobieta. – Widzę, że jestem pierwsza.

Bestia odchyliła tylko nieznacznie swój wielki łeb i z zachwytem przymknęła oczy czując, jak dłoń kobiety ląduje na jej kręgosłupie delikatnie głaszcząc ogromne zwierzę. Czar melancholii został złamany. Smutek, jaki zamknięto w tym pięknym widoku odszedł, choć nie zniknął całkowicie. Krył się gdzieś na granicy postrzegania, czekał uparcie na chwilę słabości, by uderzyć ponownie, jak polujący drapieżnik. Ale to jeszcze nie teraz, jeszcze nie w tej chwili. 

Powietrze znów zafalowało niesione zaburzeniem pola energii. Kolejne wrota zostały otworzone, a w tym pustym zazwyczaj miejscu zaczęło się powoli robić tłoczno. 

– Witam Al – powiedział wysoki mężczyzna ubrany w czarne dżinsy i sportową marynarkę. – Miło, że nie zmieniłaś się jeszcze w mężczyznę. Męskie grono jest nudne, gdy nikt nie sięga po przemoc.

– Witaj Jadeicie – odpowiedziała kobieta paląc dalej swojego papierosa. – Lada moment zjawi się reszta.

Dokładnie w tym momencie, jak na zawołanie, energia zafalowała kolejny raz i ponownie czasoprzestrzeń została rozerwana, by następny gość mógł się przedostać na tę pełną uroku łąkę. Stało się jednak coś dziwnego, bo przez wrota nikt nie przechodził dłuższą chwilę. Al spokojnie głaskała Bestię nie zwracając na to większej uwagi. Zwierzę zwróciło swoje oczy w stronę Jadeitowego Księcia, by spotkać się ze spojrzeniem jego zimnych, martwych od dawna oczu. Na przystojnej twarzy mężczyzny wykwitł dość ironiczny uśmieszek, ale nie miał on godzić ani w gospodynię, ani jej pupila, więc nie było sensu reagować. Wiatr unosił lekko sięgające pasa czarne włosy, które zdawały się żyć własnym życiem. Gdy ich właściciel uznał za konieczne odgarnąć je wreszcie za ucho, z mroku przejścia międzywymiarowego wyłoniła się postać kolejnego mężczyzny. Ten ubrany był w jedwabny, haftowany strój sięgający ziemi, wyglądał dość dziwnie trzymając w ręce wielki, wiklinowy kosz. 

– Dzień dobry drodzy państwo – powitał resztę kładąc kosz na ziemi i odrzucając gruby warkocz czarnych włosów na plecy.

Jego okrągłe okulary w cienkich, złotych oprawkach zsunęły mu się z nosa ukazując w pełni oczy koloru indygo.

– Czemu tak długo Sklepikarzu? – spytał Jadeit. – Czyżbyś zgubił wyjście?

– Ależ nie – Mężczyzna uśmiechnął się ujmująco i potrząsnął lekko głową. – Zapomniałem ciasteczek, więc za zbędne uznałem zamykanie przejścia, po prostu szybko się po nie cofnąłem.

– Hybryda przy ladzie? – spytała Al.

– Tak, ma trochę towaru do wydania. Muszę przyznać, że jest dla mnie niezastąpiony.

Rozmowa płynęła kulturalnie dalej, ale tak naprawdę nie miała większego znaczenia dla potężnej bestii, która zamiast przysłuchiwać się wymienianym grzecznościowo uwagom, skupiła się na bogatej gamie zapachów dobiegających z koszyka. Wyczuwała tam wyraźnie zapach świeżo parzonej herbaty, do tego było kilka rodzajów ciasteczek, owoce, chyba jakieś dżemy, no i trzy rodzaje ciasta, sałatka warzywna, czyżby też i koreczki? 

– Mam nadzieję, że pachnie smakowicie. – Sklepikarz zwrócił się do Bestii. – Przygotowałem specjalnie dla ciebie twoje ulubione koreczki. Uważaj tylko na wykałaczki. Ściąłem ostre końce, ale nie chciałbym, żebyś sobie pysk poraniła.

– Mam wrażenie, że to jakoś Bestii nie grozi – stwierdził rzeczowo kolejny gość. – Kawałek drewna nie zrobi jej raczej większej krzywdy, niż zaostrzone morze pik, lub kaskada strzał, czy z czym tam jeszcze się mierzyła.

Mężczyzna, który wyszedł z mroku portalu był niższy od Jadeita i Sklepikarza o kilka centymetrów. Miał, tak samo, jak tamci, czarne długie włosy, które jednak postanowił luźno przewiązać cienką wstążką. Ubrany był w sięgającą kolan tunikę wyszywaną srebrną nicią, a do tego miał czarne, materiałowe spodnie wpuszczone w wysokie cholewy skórzanych butów. 

– Gdzie masz swoje szmatkowe buty Lucyferze? – spytał go Jadeit.

– Zgubiły się wraz z twoim garniturem – odpowiedział potężny Anioł splatając ręce na piersi.

Bestia zaczęła lekko węszyć. Zapach, jaki otaczał Lucyfera, był jak zwykle wspaniały. Kwitnące kwiaty, które kojarzyły jej się z ogrodem w czasie pełni księżyca. Echo słodkiej wody tryskającej z kamiennej fontanny, przyjemna woń mchu pomieszana z czymś równie nieuchwytnym, jak magia miejsca, w którym wszyscy stali. Stworzenie spojrzało w oczy swojej opiekunki i dostrzegło w nich cień uśmiechu. Tak, ona też to wyczuwała. Jakby w odpowiedzi na lekkie ukłucie smutku rodzące się w jej sercu, kobieta przekształciła noszony przez siebie uniform w długie, jasne dżinsy i białą bokserkę. Zniknęły jej buty, bose stopy ginęły w trawie. Długie włosy związała w prosty, koński ogon. Nagle wydawała się taka młoda i beztroska, że zwierzę zapragnęło wskoczyć jej na ręce. 

– Kto ma koc? – spytał Sklepikarz. – Jak mamy zacząć piknik bez koca?

– Koc właśnie się zbliża – odpowiedziała Al wskazując brodą kolejne pojawiające się znikąd wrota portalu.

Boża Miłość, jeden z potężniejszych Aniołów Nieba, wyszedł ubrany w kremowe, lniane spodnie i biały podkoszulek. Pod pachą faktycznie miał ogromny koc w kratę, wręcz stworzony do piknikowania nawet dla tak licznej grupy. 

– Czyżbym się znów spóźnił? – spytał Boża Miłość podchodząc do wszystkich i głaszcząc Bestię na powitanie. On też nie miał butów.

– Nie spodziewałem się ciebie w cywilu – Jadeit nie krył zdziwienia.

– Ani ja ciebie – odpowiedział mu z lekkim przekąsem Anioł rozkładając z pomocą Lucyfera koc. – Gdzie twój odwieczny garnitur?

– Podobno uciekł ze szmatkowymi butami Lucyfera – odpowiedział Pradawny podwijając rękawy marynarki. – To jakiś płomienny romans, jak mniemam.

– Ojej… – Zdumiał się szczerze Sklepikarz na widok ostatniego gościa.

Bestia zastrzygła uszami i odwróciła wzrok w stronę zbliżającego się do reszty Pierrota. Mężczyzna wyglądał zupełnie inaczej, niż zwykle. Zniknął gdzieś jego satynowy strój, czapka, ostre, jak brzytwa wahadło, a nawet cały makijaż. Zastąpiła je prosta, czarna koszula i granatowe dżinsy, oraz buty za kostkę. Swoje sięgające już ziemi włosy Święty przewiązał kilka razu luźno tak, by nie spływały za pas. To, co jednak było najbardziej niezwykłe, to fakt, że mrok dookoła nie rozpłynął się nawet na chwilę. Pierrot dalej pozostawał na obszarze Drugiej Strony, choć otworzone i utrzymywane cały czas przejście umożliwiło mu wzięcie udziały w spotkaniu.

– Wspaniale wyglądasz Pierrocie – skomplementował go Boża Miłość.

– Dobrze cię widzieć. – Dodał Lucyfer. 

– Cieszę się, że wszyscy już dotarli – powiedziała Al siadając na kocu i gestem zapraszając resztę, by do niej dołączyli. – Teraz mogę uznać nasz piknik za oficjalnie rozpoczęty. Sklepikarzu rozlej herbatę do czarek i wyjmij proszę swoje sławne ciasteczka. 

– Z przyjemnością Al. – Sklepikarz uśmiechnął się ciepło sięgając od razu do kosza.

– Dlaczego siadasz koło mnie? – Rozbrzmiał głos zirytowanego wyraźnie Lucyfera patrzącego z niechęcią na Jadeita. – Boża Miłości usiądź między nami i obroń mnie proszę przed jego idiotycznym poczuciem humoru.

– Doprawdy… Ranisz me serce. – Zadrwił Jadeit wyraźnie świetnie się bawiąc.

– Obawiam się, że już usiadłem wygodnie. – Boża Miłość uśmiechnął się przepraszająco, po czym natychmiast wrócił do rozmowy z Pierrotem.

– Jeśli bardzo chcesz… – Zaczęła mówić Al.

Bestia przestała słuchać. Zamiast tego przysiadła koło kobiety, choć tylko na chwilę, szybko bowiem wypatrzyła o wiele lepsze miejsce i przeniosła się bliżej kosza pełnego smakołyków. Podano jej filiżankę i talerzyk. Tak, jak jej opiekunka, wydzielona z energii Al Bestia nie posiadała fizycznego, stałego, niezmiennego ciała. Mogłaby się przekształcić, przybrać ludzki wygląd, ale jakoś nie czuła, by było to potrzebne. Nie, w takiej postaci mogła słuchać, obserwować, bawić się razem z tymi wyjątkowymi, szalonymi istotami tak pięknie malującymi się na tle pomarańczowo-różowego nieba. Ten widok, odgłos ich śmiechu, odwieczne słowne utarczki. Chciała to wszystko zapamiętać, wyryć w swojej duszy, bo była w tym niepojęta magia, tak cudownie współgrająca z melancholią ukrytą w promieniach chylącego się ku zachodowi słońca Domu Czterech Pór Roku, gdzie czas stoi i gdzie ukryte są najcenniejsze wspomnienia tej, która przybrała imię Bożego Intelektu. 

Koszalin, 07.2013