Pokój

Ach… Oto jedno z tych opowiadań, które pisałam prawie od nowa dobrych kilka razy. Po raz pierwszy usiadłam do niego chyba w 2010r. Pomysł chodził mi po głowie dość długo, ale nie potrafiłam ująć go w słowa. Gdy wreszcie zmusiłam się i włączyłam pusty dokument… No cóż. Tekst był do niczego. Efekt był rozczarowujący, choć jednocześnie dziwnie satysfakcjonujący. Nie wiem dlaczego, ale czułam, że to nie wina samego pomysłu, tylko mojego braku kontroli nad doborem odpowiednich słów. Każde kolejne podejście tylko mnie w tym utwierdzało. Po raz ostatni naniosłam tu kilka poprawek w tym roku (23.05.2019r.). Tydzień później przeczytałam całość. Po niemal dziesięciu latach wreszcie mi się udało oddać to, co zobaczyłam w swoim umyśle tak dawno temu. Cieszę się. W końcu było to pierwsze opowiadanie, w którym pojawił się Pierrot i legendarna Druga Strona.  

Od Autorki

Pokój

Pierwszy Poziom Nieba

Anioł Porządkowy siedział przy biurku zastawionym stosami piętrzących się akt. Gdzieś między nimi stała szklanka wody, ale odnalezienie jej w tym bałaganie graniczyło z cudem. Po ogromnym holu przechadzały się tysiące Ludzkich Dusz czekających w kolejce na swoje oczyszczenie, a notorycznie wybuchające między nimi kłótnie i ciągłe wrzaski nie ułatwiały wcale pracy. Ciche westchnienie wydobyło się z ust Anioła, gdy gdzieś niedaleko zaczęła się kolejna tego dnia bójka. Kiedyś tak nie było. Z roku na rok wszystko stawało się coraz gorsze, coraz więcej Ludzkich Dusz trafiało do Nieba w tym samym czasie, a biurokracja rozrosła się do rozmiarów tak potężnych, że nie sposób było dłużej trzymać ją w ryzach. Kiedy zaczynał tu pracować, wszystko wydawało się o wiele prostsze. Akta były uporządkowane, miał do swojej dyspozycji kilku dyżurujących przy nim pomocników, a i petentów było o wiele mniej. Hol był wtedy na ogół niemal pusty. Lubił to. No cóż, wiele się zmieniło, od czasu odejścia Bożej Miłości z Nieba. 

Starał się, jak tylko mógł najlepiej, załatwiać wszystko szybko i sprawnie, ale Ludzkich Dusz wcale nie ubywało. Rada Starszych też nie chciała mu ułatwiać zbytnio życia. Najpierw zabrali mu pomocników, potem zlikwidowali przysługujące mu regularnie przerwy na papierosa, bo przecież nie palił, a jakiś czas potem w ogóle zabronili mu przerywać pracę. Podanie o przydzielenie asystenta też odrzucili, ale to wcale go akurat nie zdziwiło. Niebo z każdym kolejnym rokiem stawało się miejscem bardziej absurdalnym i choć bardzo je kochał, wiedział, że system zaczyna się załamywać. Ostatnio ta myśl dręczyła go nieustannie. Co się stanie, gdy system zawiedzie? Tysiące pytań mnożyło się w jego głowie, ale na żadne nie chciał udzielić sobie konkretnej odpowiedzi. Zamiast tego wolał skupić się na pełnionych obowiązkach. 

– Następny!

Krzyknął starając się przebić przez wrzaski szamoczących się nieopodal mężczyzn. Podeszła jakaś kobieta, spytał o dane osobowe z ostatniego wcielenia. Podała mu, a on zaczął szukać w stercie akt odpowiedniej teczki. Gdy wreszcie ją znalazł, przybił kilka pieczątek w odpowiednim miejscu, przeprowadził ankietę, zapisał wnioski i skierował na oczyszczanie. Cóż za marnotrawstwo czasu, pomyślał przywołując kolejną osobę. Kiedyś wystarczyła jedna dziesiąta z tego i jedna pieczątka. Wszystko trwało kilka sekund, nic więcej. Tylko najważniejsze kwestie. Jeśli był problem, Dusze szły do Rady Starszych, a jak nie to na oczyszczenie i po sprawie, ale teraz nic nie wyglądało tak prosto. Właściwie to zapowiadało się na kolejne pogorszenie spowodowane wprowadzeniem kolejnego nikomu niepotrzebnego aneksu.

Gdy tak o tym rozmyślał, na biurko wpadł jeden z bijących się mężczyzn popychając misternie ułożoną stertę akt. Wszystkie dokumenty rozsypały się, kartki pospadały na podłogę i pomieszały się. Miał ochotę wyć z rozpaczy i śmiać się jednocześnie. Gdyby tylko zobaczył go jego nauczyciel, dostałby przednią burę. Z nostalgią spojrzał na wielki, drewniany stempel swojego mistrza. Pamiętał doskonale, jak jego poprzednik i wspaniały nauczyciel w jednej osobie, miał zwyczaj ciskać stemplem w każdego, kto działał mu na nerwy. Nawet Rada Starszych bała się mu sprzeciwić, gdy wpadał w jedną ze swoich sławnych furii. Wszyscy stali cicho obawiając się nawet oddychać, by mu wtedy nie wejść w drogę. Ile to już lat minęło, od kiedy i on zniknął z Nieba? Z rozmyślania wyrwał go czyjś melodyjny głos. 

– Pomóc ci Aniele Porządkowy? 

Anioł Porządkowy uniósł głowę spoglądając w zielone oczy stojącego przed nim Anioła z Najwyższego Poziomu Nieba. Powitał go szerokim uśmiechem z radością przyjmując odrobinę ciszy, jaką ten przyniósł ze sobą. Ci szalejący i wściekający się ludzie wreszcie umilkli na chwilę z zachwytem przyglądając się wspaniałej istocie. 

– Witaj Nalinie, dobrze cię widzieć – powiedział Anioł Porządkowy odgarniając jasnobrązowe włosy z twarzy. – Co cię sprowadza na Pierwszy Poziom?

– Przybyłem sprawdzić, czy dajesz sobie radę. Jazgot, jaki tu panuje, dociera aż do nas, więc zaczęliśmy się trochę niepokoić. 

– Obawiam się, że będzie jeszcze gorzej, ale nic na to nie poradzę. 

Nalina zasmuciła wyraźnie ta wiadomość. Milczał przez chwilę mocno się nad czymś zastanawiając, aż wreszcie westchnął cicho mówiąc:

– Kiedyś było lepiej, prawda?

– Zadziwiające, ale wyjąłeś mi to z ust. – Anioł Porządkowy usiadł na podłodze starając się poukładać i posortować stertę papierów. – Gdyby mój nauczyciel zobaczył, co to się dzieje…

– Myślę, że gdyby twój poprzednik zjawił się tu teraz, to wszyscy pracownicy Pierwszego Poziomu mieliby poważne problemy. Pamiętam, że sam nieraz modliłem się o odwagę, gdy miałem się z czymś do niego zwrócić. Pod względem terroryzowania nie miał sobie równych, to fakt. Nie raz się też zastanawiałem, czy jest choć jedna osoba, której się obawia, ale do dziś nikogo takiego nie znalazłem. 

Anioł Porządkowy przerwał na moment pracę spoglądając na stojącego przed nim Nalina. Drugi Anioł był w jego oczach kimś wyjątkowym i to nie tylko dlatego, że został wyniesiony do Najwyższego Poziomu Nieba, choć był niewiele młodszy od niego. Nalin stał się kimś, kto choć częściowo zastąpił Niebu Bożą Miłość, gdy ten postanowił odejść. Zawsze emanował spokojem, zrozumieniem… Był wyjątkowy pod każdym względem. 

– Szybciej tam! 

Wrzasnęła nagle jakaś Ludzka Dusza, na której widać czar potężnego gościa nie wywarł aż takiego wrażenia. Nalin odwrócił się w stronę tłumu i rozpostarł potężne skrzydła wysyłając falę miłości i akceptacji, prosząc jednocześnie o spokój i chwilę cierpliwości. Tłum ucichł po raz pierwszy od niepamiętnych w tym holu czasów. Zadowolony Anioł kontynuował swoją wypowiedź. 

– To się zaczęło, gdy z Nieba odeszła Boży Intelekt. Od tamtej pory wszystko powoli się rozpada. Nigdy nie sądziłem, że ta przerażająca Wysłannik Boga, która nie uznawała żadnych zasad i nie wiedziała, czym jest wybaczenie, tak bardzo wpływała na kształt tego miejsca. 

Anioł Porządkowy nie odpowiedział na to ani słowem. Właściwie szczerze wątpił, czy Nalin mówił to do niego. Wyglądało raczej na to, że drugi Anioł wyraził na głos swoje myśli. Nic więcej.  Legendarna Boży Intelekt… Anioł Porządkowy już prawie zapomniał, kim był ten postrach Nieba. Rada Starszych Pierwszego Poziomu zabroniła o niej mówić, jakby chciała, by pamięć o niej przepadła na zawsze. 

– Jaka ona była? – spytał nieśmiało. – Miałeś z nią więcej do czynienia.

– Była skuteczna, to pewne. Przydzielali jej zadania niemożliwe, a ona wykonywała je bez najmniejszego problemu. Była przy tym okrutna i zawsze realizowała tylko swoje zamysły, ale robiła to tak, by wyglądało na wykonywanie rozkazów. Była przywódcą Pierwszego Pokolenia Łączników, a pozostałych dwunastu jej podopiecznych niewiele jej ustępowało jeśli chodzi o siłę, czy spryt. Dlatego się jej bano. Powiadali, że jedno jej słowo wystarczyłoby, by Wszechświat stanął w płomieniach. Mówili nawet, że sam Bóg boi się dnia, gdy znudzi jej się słuchanie Go. – Nalin zaśmiał się cicho. – Poznałem Boży Intelekt podczas mojej pierwszej misji. Zadbał o to Boża Miłość. Potem nasze drogi jeszcze kilkukrotnie się przecinały. Wtedy tego nie rozumiałem, ale dziś wiem, że to dzięki Bożemu Intelektowi jestem Aniołem Najwyższego Poziomu Nieba. 

– Co się z nią stało? 

– Stała się tym, kim gardziła najbardziej. Stała się człowiekiem.

Na taką odpowiedź Anioł Porządkowy nie był przygotowany nawet w najmniejszym stopniu. Słyszał plotki, ale nie dawał im wiary. Nawet teraz, gdy tylko spróbował przetworzyć tą nieoczekiwaną wiadomość, jego mózg odmówił stanowczo współpracy zatrzymując wszystkie procesy myślowe jednocześnie i rozluźniając mięśnie szczęki przy okazji. Mógł tylko siedzieć na podłodze z otwartą buzią wytrzeszczając oczy z niedowierzania. Na jeden krótki moment zapomniał o całym świecie, choć świat nie zapomniał wcale o nim. Z pierwszego szoku wyrwał go czyjś krzyk:

– Do jasnej cholery długo tak zamierzasz gębę wietrzyć idioto? 

Salwa śmiechu przetoczyła się po holu, ale Anioł Porządkowy nie zdawał sobie z tego najmniejszej sprawy. Jakaś część jego mózgu zarejestrowała jednak krzyk i przekazała ją bezzwłocznie do innej, której nigdy wcześniej nie wykorzystywał, a która nakazała mu podnieść się dumnie i z najmilszym uśmiechem psychopaty odpowiedzieć:

– Jeszcze słowo z ust któregokolwiek z was, a dobry Bóg was nawet nie rozpozna, gdy zwisać będziecie nadziani na pobłogosławione przeze mnie haki, zawieszeni w świętym sadzie w jego własnym domu, na drzewach, które obrodzą owoce pijąc krew waszą wsiąkającą w glebę. I pewni być możecie, że żaden z was nie umrze, póki nie odpokutuje mojego straconego czasu. 

Zapadła cisza. Nie ta urzekająca ciepłem cisza, jak po ingerencji Nalina, ale cisza pełna przerażenia, przesycona czystym lękiem pomieszanym z niedowierzaniem. Wszyscy, jak jeden mąż, wstrzymali oddech patrząc szeroko otwartymi oczyma na tego niepozornego Anioła Porządkowego, który teraz patrzył na nich wzrokiem mówiącym „sprawdźcie mnie, dajcie mi tylko pretekst”. Nawet Nalin zaniemówił na chwilę. 

– Jesteś godnym następcą swojego poprzednika – powiedział wreszcie otrząsnąwszy się z pierwszego szoku. – Zmroziło mnie do szpiku kości. Boży Intelekt będzie tobą zachwycona, gdy wróci. 

Po tych słowach Nalin pochylił nieznacznie głowę i z uśmiechem na ustach opuścił Pierwszy Poziom Nieba. Anioł Porządkowy postanowił nawet nie próbować zrozumieć całej tej rozmowy. Miał wrażenie, że właśnie przeszedł jakiś test, ale nie potrafił pojąć, o co niby miałoby w nim chodzić. Zamiast się nad tym zastanawiać, skupił się na swojej pracy i wrócił do porządkowania akt Ludzkich Dusz. Miał wrażenie, że z barków właśnie spadł mu ogromny ciężar, który od lat go przytłaczał. Czuł się wolny. Po raz pierwszy od objęcia stanowiska Anioła Porządkowego czuł, że nie krępują go żadne ograniczenia i to było wspaniałe. Z uśmiechem na ustach przerzucał kolejne zapisane arkusze, gdy nagle jakaś niepozorna kartka przykuła jego uwagę. Podniósł ją ostrożnie, jakby miała lada moment wybuchnąć w jego dłoniach i w skupieniu zaczął czytać staranne pismo. Nawet nie zauważył, gdy podeszło do niego kilku członków Rady Starszych, którzy uważnie przyglądali mu się od momentu pojawienia się Nalina. Jeden z nich chrząknął głośno i powiedział tonem nieznoszącym sprzeciwu:

– Ta przerwa była całkowicie zbędna, a wybuch słownej agresji godny potępienia…

Słowa zlewały się w uszach Anioła w nic nieznaczące dźwięki. To, co trzymał w dłoniach skradło całą jego uwagę i w jakiś niepojęty sposób nie tylko ponownie uruchomiło procesy myślowe w jego mózgu, ale wręcz zmusiło go do nadludzkiego wysiłku w połączeniu wszystkich fragmentów dziwnej układanki, o której istnieniu nawet nie zdawał sobie do tej pory sprawy. Poczuł nagły przypływ energii. Musiał działać szybko. 

– Przerwa! – krzyknął zginając kartkę w pół i chowając do wewnętrznej kieszeni swojego białego uniformu. 

– Chyba kpisz! Jakim prawem… – Zaczął kolejny członek Rady, ale nie zdołał nawet dokończyć zdania. 

– Takim, że ostatnią przerwę miałem tuż przed obumarciem sto dwunastego wymiaru. Ja się nie pytam, czy mogę iść na przerwę, ja wam mówię, że wychodzę na tą przerwę. Jak wam się nie podoba, to sobie znajdźcie kogoś innego na to stanowisko, albo jeszcze lepiej, sami usadźcie te wasze dwanaście tłustych tyłków za moim biurkiem i uzupełniajcie sobie te wasze cholerne aneksy. Do widzenia. 

Anioł Porządkowy wyszedł zostawiając po sobie kompletny chaos i tysiące zagubionych Ludzkich Dusz. Członkowie Rady Starszych z niedowierzaniem spojrzeli po sobie, ale żaden z nich nie odezwał się nawet słowem. Potem wszyscy zgodnie zmierzyli wzrokiem niekończące się sterty akt, po czym jednocześnie odwrócili się na piętach, a następnie zniknęli we wnętrzu Sali Obrad chowając się czym prędzej przed budzącym się z niedowierzania tłumem rozwścieczonych ludzi. 

Jedyny sklep w Międzystanie

Sklepikarz właśnie kończył przeglądać swoje towary ukryte pod ladą i już miał brać się za te, stojące obok dość dużego akwarium za jego plecami, gdy nagle pojawiła się w jego głowie całkowita pewność, że ktoś stoi tuż za jego mahoniowymi, wejściowymi drzwiami. Uniósł lekko głowę kierując swój wzrok w tamtą stronę, prawą dłonią poprawił okrągłe okulary na nosie, a na twarz przywołał swój firmowy uśmiech czekając, aż gość zdecyduje się wejść. W tym samym czasie z zaplecza wyszedł pomocnik mężczyzny – młody, drobnej budowy chłopak o ciemnych, krótkich włosach i atramentowych oczach. Chłopak również spojrzał w stronę drzwi, zmarszczył lekko nos, a po chwili wziął jeden, głęboki wdech i zwrócił się do Sklepikarza:

– Mamy gościa. Za drzwiami stoi młody Anioł. Myśli pan, że zdecyduje się wejść?

– Mam taką nadzieję, jeśli mam być szczery – odparł Sklepikarz nie odrywając wzroku od  drzwi. – Czuję, że to coś ważnego. 

– Pewnie tak, bo od kiedy Bożej Miłości nie ma w Niebie, to nie mieliśmy tu zbyt wielu Aniołów. 

Drzwi otworzyły się z cichym szczękiem zamka wpuszczając do środka Anioła Porządkowego. Ten wszedł niepewnie do głównego pomieszczenia, zatrzymał się na środku i zmarszczył lekko brwi przyglądając się Sklepikarzowi i jego pomocnikowi. Żaden z dwóch mężczyzn nie odezwał się ani słowem. Sklepikarz zdjął na moment swoje niewielkie okulary z nosa i przetarł zmęczone oczy. Gdy uniósł powieki odsłaniając wyjątkowe tęczówki koloru indygo, Anioł Porządkowy uśmiechnął się szeroko mówiąc:

– Czy mam przyjemność z panem Sklepikarzem?

– Panem Sklepikarzem? – Zdziwił się szczerze pomocnik. – Chyba nie słyszałem jeszcze, by ktoś się tak do pana zwracał.

– Sklepikarz wystarczy – odpowiedział sprzedawca z jeszcze szerszym niż do tej pory uśmiechem na twarzy. – A z kim my mamy przyjemność?

– Jestem Aniołem Porządkowym Pierwszego Poziomu Nieba… – Zaczął mówić Anioł, ale pomocnik wszedł mu w pół zdania.

– To ty zastąpiłeś tego furiata, który był wcześniej?  

– Chłopcze to nie grzecznie przerywać tak klientowi. – Upomniał go sprzedawca, ale ten niezbyt się tym przejął. 

– Tak, to ja go zastąpiłem, gdy postanowił odejść. Nie wiem, gdzie teraz przebywa. 

Anioł Porządkowy już popadał w lekką zadumę nad swoim mentorem, ale nie dane mu było w pełni się w niej zagłębić. Brutalnie wyrwała go z niej odpowiedź pomocnika. 

– My wiemy. Jest niedaleko. 

– Chłopcze nie do końca jestem pewien…

– Informacja jest w cenie – powiedział pomocnik wyciągając w stronę Anioła dłoń i wskazując palcem na ukrytą w wewnętrznej kieszeni jego białego uniformu tajemniczą kartkę papieru. – Nawet ja wiem, że to, co on chce nam sprzedać, jest warte opowiedzenia tej historii. 

Sklepikarz zamyślił się zakładając z powrotem okulary na nos. Przez moment w pomieszczeniu zapadła dość krępująca dla Anioła cisza. Mężczyźni zdawali się prowadzić jakąś niemą rozmowę, jakby wymieniali się spostrzeżeniami w swoich umysłach, albo jakby znali się już tak dobrze, że słowa stały się im całkowicie zbędne. Wreszcie starszy mężczyzna odrzucił długi, czarny warkocz, spoczywający mu na prawym ramieniu, na plecy i westchnął cicho. Z jego jasnej twarzy zniknął uśmiech, a w oczach pojawił się dziwny błysk. Cichym głosem powiedział:

– Dobijmy zatem targu Aniele. 

Sklepikarz postawił dzbanek ze świeżo zaparzoną herbatą na niskiej ławie, po czym podał filiżankę siedzącemu w głębokim fotelu Aniołowi Porządkowemu. Nim sam usiadł po przeciwnej stronie, podsunął bliżej paterę pełną różnego rodzaju niedużych ciasteczek. Pomocnik stał nieopodal opierając się swobodnie o niewielką szafkę służącą za kącik kuchenny. W dłoni trzymał swój ulubiony kubek z resztką letniej już kawy. Na niewielkim zapleczu, pełnym najdziwniejszych przedmiotów, zapanowała na moment cisza. Dwóch mężczyzn spoglądało wyczekująco na młodego Anioła, ale on kompletnie nie wiedział od czego miałby zacząć rozmowę. Wreszcie westchnął cicho i sięgnął po ukrytą w jednej z kieszeni kartkę papieru. Przez moment trzymał ją w dłoni, jakby chciał zważyć jej ciężar, zapamiętać fakturę, aż wreszcie odłożył ją ostrożnie koło filiżanki Sklepikarza. 

– Znalazłem ją dziś wśród akt Ludzkich Dusz – powiedział spoglądając to na sprzedawcę, to na jego pomocnika, ale żaden z nich nie odezwał się ani słowem. – Nie wiem skąd mogło się tam to wziąć, ale… Sam nie wiem. 

– Podaj swoją cenę Aniele. – Zaproponował Sklepikarz unosząc filiżankę do ust.

Zdziwiony Anioł spytał:

– Cenę? Ale czego?

– Tej kartki – odpowiedział mu pomocnik dopijając swoją kawę, a Sklepikarz dodał od razu:

– Chcemy ją od ciebie odkupić. Choć nie zdajesz sobie nawet z tego sprawy, ale posiada ona dla nas pewną wartość… powiedzmy sentymentalną. 

– Obawiam się, że ja nawet nie wiem, co to jest, więc jak mógłbym podać wam jakąkolwiek cenę? Zresztą…

Anioł urwał nie wiedząc, co mógłby dalej powiedzieć. Miał mętlik w głowie. Ostatnie lata nie robił nic innego, jak przystawiał pieczątki w odpowiednim miejscu i zadawał wszystkim ciągle te same pytania. Dziś miał robić dokładnie to samo, zresztą tak, jak i jutro i pojutrze i w przyszłym tygodniu, miesiącu, być może tysiącleciu. Nagle pojawił się Nalin, potem ta kartka, a potem myśl, że musi coś zrobić, że musi wykonać powierzone mu przez nauczyciela wiele lat temu zadanie. Teraz siedział w zupełnie obcym miejscu poza Niebem, pił herbatę z obcymi mu osobami, które chciały kupić coś, co jak się domyślał, było cenne. Tak naprawdę nie wiedział nawet, o co w tym wszystkim chodzi, a już na pewno, co o tym powinien myśleć. Tak wiele pytań… Nagle wpadł na pewien pomysł. Zdawał sobie doskonale sprawę, że może właśnie popełnia straszną głupotę, ale właściwie czemu nie miał się poddać chwili? 

– Dam wam ją, jeśli odpowiecie na moje pytania. 

– Dobrze Aniele – odpowiedział Sklepikarz uśmiechając się firmowo, ale po chwili dodał jakby od niechcenia – Odpowiemy na to, na co odpowiedzieć będziemy mogli.

Kolejna zagadka, ale nie miał ochoty się nią wcale zajmować. Zamiast tego spytał od razu o to, co męczyło go strasznie od rozmowy z Nalinem.  

– Kim naprawdę jest  Boży Intelekt? 

– Skurwysynem – odpowiedział od razu pomocnik, ale Sklepikarz uciszył go unosząc delikatnie prawą dłoń, po czym sam zabrał głos. 

– Powinieneś spytać kim była. Boży Intelekt odeszła, być może zresztą na zawsze. Była jedną z najpotężniejszych istot we Wszechświecie i Bożym Wysłannikiem w jednym. Był wiedzą w czystej postaci, nieśmiertelnym żołnierzem, psem na posyłki, którego wysyłano, gdy inni zawiedli. Nosiła wiele imion, przybierał różne postacie, ale zawsze służyła tylko jednemu panu. 

– Bogu? 

– Sobie. Wykonywała zlecenia Nieba, bo było jej to potrzebne do wprowadzenia w życie swojego planu. Ale gdy tylko zdejmowała swój mundur, żadne zasady jej nie obowiązywały, a Niebo starało się jak tylko mogło, by nie wejść jej w drogę. 

– Słyszałem, że stała się człowiekiem. Jak to możliwe?

– Tak, to prawda. Boży Intelekt była jednym z trzynastu Łączników Pierwszego Pokolenia, których zadaniem było utrzymywanie równowagi pomiędzy światem duchowym, a materialnym we wszystkich zakątkach Wszechświata podlegających pod Niebo. Wszyscy oni wyłonili się z Boga, tak jak wyłaniają się z Niego Aniołowie, ale ich energią nie była miłość, a wiedza, dlatego uczucia były im nieraz obce. Pojawili się potężni, by stać się słabymi. Godząc się na swoją egzystencję zgodzili się na odwrócony cykl reinkarnacyjny. 

– Pierwszy raz słyszę o czymś takim. – Przyznał Anioł pociągając w zamyśleniu łyk herbaty. – A co się stanie, gdy cykl dobiegnie końca? 

– Pieczęcie pękną, a Łącznicy powrócą do Nieba. 

– Pieczęcie? 

– Byli zbyt potężni, by wytracić inaczej swoją energię. Jedynym sposobem na sprowadzenie ich do poziomu ludzi, było zapieczętowanie ich mocy, wiedzy i wspomnień. 

Słysząc te słowa Anioł Porządkowy zagwizdał cicho pod nosem i sięgnął po jedno z ciasteczek. Jedząc je powoli zastanawiał się nad tym, co właśnie usłyszał. Jego oczy uciekły w stronę pomocnika, który przysłuchiwał się wszystkiemu z obojętną miną. Anioł nie mógł oprzeć się wrażeniu, że młodszy mężczyzna chłonie każde słowo, jakby chciał sprawdzić, czy na pewno wie wszystko, a może czy wszystko zostanie wyjawione? 

– A co ma z tym wspólnego Boża Miłość? – spytał sięgając po kolejne ciasteczko. – Przepyszne są. Jeszcze takich nie jadłem. 

– Dziękuję, sam piekłem. – Sklepikarz obrócił delikatnie paterę wskazując na małe babeczki posypane jakimiś ziołami. – Spróbuj jeszcze tych. To moje ulubione. A co do pytania, to nie jestem pewien, czy potrafię ci na nie odpowiedzieć. Widzisz, Boża Miłość był Aniołem, który osobiście opiekował się Bożym Intelektem, gdy ta dopiero co się pojawiła w Niebie i nie do końca jeszcze była przebudzona. To dość skomplikowana sprawa, więc pominę zbędne szczegóły. Mam wrażenie, że połączyła ich więź, której naturę trudno jasno sprecyzować. Byli przyjaciółmi, to jedno jest pewne. 

Słysząc to Anioł zakrztusił się kolejnym kęsem babeczki i musiał popić go dość ciepłą jeszcze herbatą, przez co poparzył sobie język. Zajęło mu chwilę, nim wrócił do siebie i był w stanie normalnie się odezwać, ale gdy już mu się to udało, zwątpił czy powinien mówić o tym, co przed chwilą przyszło mu do głowy. Ostatecznie postanowił to przemilczeć, ale Sklepikarz domyślił się, co wywołało nagły atak kaszlu i sam udzielił odpowiedzi na niezadane pytanie:

– Ich relacja była złożona, silna, ale czysta.  Na pewno łączyła ich pewna wiedza i wspólny plan. Długo się do tego wszystkiego przygotowywali, ale obawiam się, że nic więcej nie jestem ci w stanie powiedzieć poza tym, że cokolwiek się z nimi teraz dzieje, Boża Miłość jest tuż obok Bożego Intelektu. 

– A mój nauczyciel? Jaka była jego rola w tym wszystkim? Dlaczego też odszedł z Nieba?

– Odszedł razem z nimi. Został Aniołem Stróżem, czuwa nad nimi i pilnuje, by wszystko poszło zgodnie z planem. 

Młody Anioł nie potrafił złożyć tej układanki. Wiedział, że nie ma wszystkich puzzli, ale te, które już zdobył, nijak nie chciały się połączyć. Westchnął cicho zastanawiając się, co dalej? Miał ochotę pożegnać się i udać w jakieś zaciszne miejsce, by sobie to wszystko przemyśleć, ale wiedział, że nie będzie mógł już tu wrócić.

– Po co to wszystko? 

– Wszyscy oni mieli jeden cel, choć każdy z nich kierował się innymi pobudkami, jak podejrzewam. Wszyscy oni chcieli, aby Niebo zostało oczyszczone i aby przywrócić mu dawną świetność.

– Dalej nie rozumiem. Jak odejście z Nieba miało im w tym pomóc?

– Boży Intelekt musiała stać się człowiekiem, bo tylko poprzez zakończenie cyklu reinkarnacyjnego mogła doprowadzić do złamania ograniczających ją pieczęci. Dzięki temu odzyskałaby swoją moc, a wtedy nic nie stałoby na przeszkodzie, by scalić Niebo.  

Słysząc te słowa Anioł uśmiechnął się pod nosem dopijając herbatę. Sklepikarz patrzył na niego spokojnym wzrokiem, z wciąż tym samym uśmiechem na ustach i cierpliwością skrytą na dnie lekko skośnych oczu. Jego pomocnik przez całą tą rozmowę nawet nie drgnął. Spoglądał to na swojego pracodawcę, to na Anioła, ale jego twarz przypominała nieprzeniknioną maskę. 

Anioł rozejrzał się jeszcze ostatni raz po pomieszczeniu, po czym poprawił się nieznacznie w fotelu dając znać swoim gospodarzom, że szykuje się już do wyjścia. W końcu wzywała go praca. 

– Na mnie już czas, ale jeśli mogę, to chciałbym zadać ostatnie pytanie. Powiedz mi tylko, dlaczego kartkę zaadresowano do ciebie? 

Przez ułamek sekundy w powietrzu pojawiło się jakieś dziwne napięcie, ale nim młody Anioł mógłby zwrócić na nie uwagę, Sklepikarz odezwał się niby nigdy nic:

 – To wiadomość dla bliskiego przyjaciela Bożego Intelektu i Bożej Miłości. Kogoś spoza Nieba. Ta osoba mieszka w miejscu, do którego dostęp mają tylko nieliczni, dlatego skierowano cię z tym do mnie. To, co trzymasz w ręce, to dotrzymanie starej obietnicy. Masz przed sobą zapowiedź nadchodzących zmian. 

– Rozumiem. 

 Anioł wstał powoli z fotela. Sklepikarz podniósł się razem z nim, po czym gestem poprosił go, by chwilę zaczekał. Poszedł po coś do pobliskiej szafki, po czym wrócił z niewielkim białym kartonikiem, do którego zapakował resztę ciasteczek ze stojącej na ławie patery. Gdy zamknął pudełko, spojrzał na swojego pomocnika, a ten kiwnął ledwie zauważalnie głową, jakby odpowiadał na jakieś pytanie. Sprzedawca po chwili namysłu zwrócił się do Anioła:

– Wiem, że się spieszysz, ale czy pozwolisz mi teraz sprzedać sobie te ciasteczka, w zamian za jedno proste pytanie? 

– Właściwie, czemu nie? – Zdziwił się młody Anioł marszcząc lekko brwi. – Co chciałbyś wiedzieć?

– Dlaczego przyszedłeś dziś do mnie?

– Na kartce…

– Sam ją zaadresowałeś.

Anioł westchnął ciężko rumieniąc się lekko. Nie umiał kłamać. 

– Dawno temu, na krótko przed swoim odejściem, mój nauczyciel powiedział mi, że ma dla mnie zadanie. Powiedział, że pewnego dnia znajdę przedmiot, który będę musiał zanieść do Sklepikarza, właściciela jedynego sklepu w Międzystanie. Chciałem wiedzieć więcej, ale uciął natychmiast rozmowę zabraniając mi się o cokolwiek pytać. Zapewnił mnie tylko, że gdy to się pojawi, będę o tym wiedział. Gdy dziś zobaczyłem tę kartkę na podłodze wśród kwestionariuszy osobowych i ankiet, wiedziałem, że to o niej mówił. Gdy tylko jej dotknąłem, poczułem to wyraźnie.

– Dziękuję – odpowiedział Sklepikarz, po czym wręczył Aniołowi pudełko ciasteczek. – Są twoje. To była uczciwa transakcja. 

Sklepikarz wskazał swojemu gościowi drogę gestem prawej dłoni puszczając go przodem. Jego pomocnik ruszył się wreszcie z miejsca i podążył tuż za nimi chcąc odprowadzić Anioła do drzwi. Na jego twarzy pojawił się cień uśmiechu, co zdawało się w jego przypadku wyrazem ogromnej sympatii i życzliwości. Gdy byli już przy drzwiach Anioł Porządkowy odwrócił się jeszcze na chwilę twarzą do swoich gospodarzy, by podziękować za herbatę, a także za rozmowę. W odpowiedzi usłyszał jednak coś, czego raczej się nie spodziewał:

– Masz czyste serce Aniele. Twój nauczyciel to wiedział. Nie uważał cię za głupca, ani za niegodnego zaufania. On się o ciebie martwił, dlatego nic więcej ci nie powiedział. Gdybyś wiedział o czymkolwiek wcześniej, mógłbyś tu nigdy nie dotrzeć.

– Na pewno bym… – Zaczął Anioł, ale umilkł nagle, gdy zrozumiał, że Sklepikarz właśnie go ostrzegł. 

– Uważaj na siebie Aniele. Nadchodzi okres przemian i tym razem obejmie też samo Niebo. Gdy wybuchnie nowa wojna zapamiętaj jedno: to nie twoja walka. Nieważne, co ci powiedzą. Pod żadnym pozorem nie daj sobie wcisnąć broni w dłoń.  

Mahoniowe drzwi otworzyły się, a potem zamknęły za nim, nim zdołał w jakikolwiek sposób zareagować na te dziwne słowa pożegnania.  

Sklepikarz siedział wygodnie przy niskiej ławie pijąc powoli filiżankę świeżej herbaty. Na zaplecze wszedł jego pomocnik niosąc w ręku pusty kubek po kawie. Ich wzrok równocześnie przeniósł się na białą kartkę zostawioną na blacie przez młodego Anioła Porządkowego Pierwszego Poziomu Nieba. Żaden z nich nie odezwał się ani słowem. Pomocnik podszedł do maleńkiego zlewu w kąciku kuchennym i zmył przyniesione naczynie, po czym sięgnął po jedną z czystych filiżanek, do której nalał sobie ciepłej herbaty z dzbanka. Usiadł naprzeciwko swojego pracodawcy czekając cierpliwie. 

– Szukają jej – powiedział Sklepikarz cicho, jakby mówił bardziej do siebie, niż swojego towarzysza. – Rada Starszych stara się go znaleźć za wszelką cenę. 

– Nie powiedziałeś mu, po co to wszystko jest naprawdę – odpowiedział spokojnie pomocnik. – Nie zdradziłeś, dlaczego to taka tajemnica. 

– To by mu tylko zaszkodziło. Zresztą za dużo trzeba by było tłumaczyć, zbyt wiele wyjaśniać. Sam się niebawem przekona. 

– Nie wspomniałeś też, kim jeszcze jest Boży Intelekt. Nie wspomniałeś nic o Drugiej Stronie. 

– I tak nic o nich nie wie. Niebo miało pamiętać, ale Rada zadbała, by zapomniano. Uznałem, że tak będzie dla niego bezpieczniej. 

– Nie powiedziałeś mu też, że tu czas płynie inaczej i mógł spokojnie wysłuchać całej historii, zadać wszystkie swoje pytania. Mógł spędzić tu cały dzień, a w Niebie nie minęłaby nawet minuta. 

– Nie, nie powiedziałem mu tego.

– Dlaczego?

– Bo wtedy musiałbym mu powiedzieć wszystko, a to strasznie długa i smutna historia chłopcze. No i muszę dostarczyć wiadomość, prawda? 

Sklepikarz odstawił na blat ławy swoją filiżankę, wstał z fotela, uśmiechnął się do swojego pomocnika, po czym gestem szczupłej dłoni otworzył wrota portalu, by już po chwili zniknąć w mroku odwiecznej nicości. Chłopak patrzył na to spokojnie pijąc dalej swoją herbatę.

Druga Strona – Granica

Otoczyła go doskonała ciemność, nicość, która zdawała się wnikać do jego wnętrza. Próżnia portalu otuliła go szczelnie kradnąc wrażenie jakiegokolwiek kierunku. Sprawa była pilna, dlatego natychmiast otworzył wrota, które umożliwiły mu znalezienie się na samej granicy Drugiej Strony. Tu ponownie otoczyła go ciemności. Jedyne, co pozwalało mu stwierdzić, że opuścił portal, było uczucie posiadania jakiejś stałej materii pod stopami. Choć w tym miejscu nie było nawet najmniejszego źródła światła, widział własne ciało, jakby emanowało swoim własnym blaskiem. Widział też trzymaną w dłoni kartkę, drobne, staranne pismo, którym była pokryta. 

Z mroku przed nim wyłoniła się czyjaś postać. Na jej widok uśmiechnął się przyjaźnie machając na powitanie. Postać – wysoka kobieta w czarnym biustonoszu, czarnych bojówkach i ciężkich, wojskowych butach – nie odpowiedziała mu nawet kiwnięciem głowy. Stała niewzruszenie, niczym naturalnych rozmiarów posąg, trzymając w swoich ukrytych w białych rękawiczkach dłoniach tablicę powitalną z napisem „Witamy po pierdolonej Drugiej Stronie”. 

Sklepikarz podszedł na odległość dwóch kroków, po czym zatrzymał się i lekko pokłonił mówiąc:

– Witaj Graniczniku. Przybywam z przesyłką.

Oczy koloru indygo spotkały się z pustym spojrzeniem kobiety, która zdawała się niczego dookoła siebie nie widzieć. Na słowa gościa nie odpowiedziała nawet mrugnięciem, ale nie zdziwiło to wcale Sklepikarza. Odczekał tylko kilka chwil, by mieć pewność, że Granicznik nie zmieni zdania, po czym kontynuował:

– Czy mogłabyś proszę przywołać tu Pierrota i innych członków Majestatu? Myślę, że to, co dla was mam, będzie wymagało uwagi wszystkich przywódców Drugiej Strony. 

Znów zero reakcji. Ten sam wyraz zupełnej obojętności na twarzy, dokładnie ta sama poza. Wydawało się, że stojąca naprzeciwko kobieta jest jedynie pustą, bezrozumną skorupą, ale to była nieprawda. Ona doskonale wiedziała, co się dookoła niej dzieje, słyszała wszystko i wyczuwała nawet najmniejsze drgnięcie energii. Wystarczyło by dać pięć, może sześć kroków, a w okamgnieniu zadałaby całą serię ciosów i nie przestałaby atakować tak zaciekle, jak długo intruz nie wydałby ostatniego tchnienia. Nikt nie miał prawa przekroczyć granicy Drugiej Strony bez zgody Majestatu. Sklepikarz doskonale o tym wiedział. Szanował ich zasady, dlatego cierpliwie czekał dalej, choć akurat jemu Granicznik nigdy nie dałaby rady wyrządzić jakiejkolwiek krzywdy. 

Kilka sekund później z mroku nieopodal wyłoniły się trzy kolejne postacie. Sklepikarz uśmiechnął się tak, jak zwykł to robić w pracy, po czym zwrócił się w stronę nadchodzącej trójki.

– Witam pozostałych członków Majestatu. 

– Mniemamy, że to ważne, skoro przybyłeś osobiście – odpowiedział spokojnie mężczyzna w meloniku bawiący się talią kart, które zdawały się żyć i domagać uwolnienia z jego dłoni.

Idący obok niego mężczyzna w wysokim cylindrze uśmiechnął się rozciągając sine usta, ale nie odezwał się ani słowem witając Sklepikarza jedynie skinieniem głowy. Głos zabrał za to wyprzedzający ich o krok przywódca Drugiej Strony:

– Witaj Sklepikarzu – powiedział Pierrot ubrany w swój satynowy, czarno-biały strój. – Wybacz, że tyle to trwało, musieliśmy zamknąć kanał po powrocie jednej z naszych Ciem. Granicznik poinformowała nas o twoim przybyciu od razu, jak tylko cię ujrzała, ale nie mogliśmy przerwać w połowie. 

– Rozumiem i dziękuję, że mimo wszystko przybyliście tak szybko.

– Zmuszenie cię do czekania byłoby mało rozsądne. – Do rozmowy włączyła się kobieta mówiąc swoim spokojnym, pozbawionym emocji głosem.

– Zapomniałem już, że ty w ogóle umiesz gadać. Jak się odzywasz, stajesz się bardziej ludzka, wiesz? — stwierdził Pokerzysta odchylając lekko swój melonik, by lepiej przyjrzeć się wysokiej kobiecie. Nim zdążył dobrze dokończyć drugie zdanie, błysnęło ostrze noża, które najpierw przeszło przez prawe oko rozcinając je gładko, a następnie wbiło się głęboko w mózg. Nim mężczyzna zdołał zareagować, nóż został przekręcony dwa razy sprawiając, że krew zalała połowę jego twarzy. Obserwujący to z rozbawieniem Grabarz poprawił rękawiczkę na uschniętej prawej dłoni mówiąc spokojnie:

– Za dużo kłapiesz ozorem. Jestem ci winien podziękowania Granicznik. Następnym razem wyrwij mu ten język z gęby. 

– Zamknijcie się – powiedział Pierrot, po czym odwrócił się w stronę Sklepikarza – Dziękuję za uszanowanie naszych zwyczajów, Pradawny.

– Nie dziękuj. Być może to jedyne, co będę mógł dla was zrobić  – odpowiedział Sklepikarz pozwalając, by na chwilę z jego ust zniknął osławiony uśmiech. –  Oto wiadomość. Wiecie, co to oznacza. 

– Wiemy – powiedział Pierrot odbierając z rąk Sklepikarza kartkę papieru. 

Cała czwórka pokłoniła się lekko po czym w milczeniu patrzyła, jak szczupła sylwetka ich gościa znika w morzu ciemności. 

Druga Strona – Pokój

To było przestronne miejsce. Właściwie było to jedno z nielicznych miejsc po Drugiej Stronie, które zostało niemal w pełni zdefiniowane. Posiadało podłogę, cztery ściany i sufit, a prawa fizyki w większości zostały zachowane. Dźwięk rozchodził się dzięki drganiu cząsteczek powietrza, zapach stawał się słabszy im dalej znajdowało się jego źródło, a przedmioty nie zmieniały samoczynnie położenia, wielkości, lub faktury. Na pierwszy rzut oka, było całkiem normalnie, poza kilkoma wyjątkami. Jednym z nich na przykład była kwestia światła. Pokój był jasny, choć nic go nie oświetlało, ani nie posiadał okien. Wyglądało to tak, jakby wszystko, co się w nim znajdowało, emanowało własnym blaskiem. Każda płytka, farba na ścianach, każdy mebel i nawet przebywający tam członkowie Majestatu.

Granicznik stała oparta o jedną z bordowych ścian z rękoma splecionymi na piersi. W milczeniu obserwowała trzech mężczyzn czekając na to, jak rozwinie się cała sytuacja. Jej obojętny wzrok skupiał się przede wszystkim na przywódcy Majestatu, który siedział w powietrzu, niczym na wyimaginowanym krześle. W prawej dłoni ściskał przyniesioną przez Sklepikarza kartkę zapisaną drobnym, starannym pismem. Jego jasnobłękitne oczy w skupieniu sunęły po kolejnych nakreślonych tam znakach, a z każdym słowem atmosfera zdawała się coraz cięższa. Na przeciwległych końcach stojącej naprzeciwko Pierrota sofy siedzieli Grabarz i Pokerzysta. Ten pierwszy spokojnie czekał, jak Granicznik, pogrążony w ciszy, skryty za rondem swojego wysokiego cylindra. Martwy uśmiech nie opuszczał jego sinej twarzy podpartej prawą dłonią skrytą w czarnej, materiałowej rękawiczce. W powstałej między tkaniną białej koszuli, a czarnej rękawiczki szparze, widać było uschnięte resztki mięśni i wysuszone ścięgna okaleczonej kończyny, która jednak pomimo zmumifikowania, wciąż pozostawała w pełni sprawna. Zupełnie inaczej jednak zachowywał się Pokerzysta bawiący się nerwowo swoją talią kart. Odłożony na oparcie sofy joker wybrzuszał się, jakby w kawałku cienkiej tektury zamknięte było żywe stworzenie pragnące zakosztować choć na chwilę wolności. Jego właściciel nie zwracał jednak na niego najmniejszej uwagi. Zamiast tego kręcił się coraz bardziej wyraźnie źle znosząc czekanie. Grabarz uśmiechnął się szerzej pod nosem, Granicznik ledwie dostrzegalnie kiwnęła mu na to głową. Sekundę później Pokerzysta nie wytrzymał dłużej ciszy i spytał:

– Co to jest? 

– Tekst Pokerzysto – odpowiedział mu Grabarz nie racząc nawet odwrócić w jego stronę swojej głowy. Granicznik cicho prychnęła wyśmiewając najmłodszego członka Majestatu z powodu braku cierpliwości. 

– No to widzę, ale co tam jest niby takiego napisane? 

– Jak zaczekasz jeszcze chwilę, to Pierrot doczyta to i ci powie, albo poda kartkę, żebyś sam to sobie przeczytał – stwierdził Grabarz sięgając po paczkę papierosów ukrytą w wewnętrznej kieszeni czarnego garnituru. 

Na chwilę zapadła znów cisza. Grabarz otworzył paczkę i kolejno poczęstował wszystkich na koniec sam sięgając do środka. Pierrot nawet tego nie zauważył zbytnio pochłonięty lekturą, Granicznik odmówiła kiwnięciem głowy, ale Pokerzysta chętnie skorzystał. Gdy tylko podpalił owinięty bibułką tytoń i porządnie się zaciągnął, spytał Pierrota:

– Na jakim etapie jesteś? 

– Na twoim miejscu bym się zamknęła – odezwała się wreszcie Granicznik. 

– Ale czemu? Chcę tylko wiedzieć, czy na kartce jest coś ciekawego, czy to tylko kolejny fałszywy alarm…

Nim Pokerzysta zdołał dokończyć swoją myśl, powietrze przecięło z cichym świstem ostrze niewielkiego noża wbijając się w udo najmłodszego mężczyzny. Ten ze zdziwieniem spojrzał na wystający mu z nogi metal, a potem na schowaną w satynowej rękawiczce dłoń, która mu to zrobiła. Po dłoni przesunął spojrzenie na całą rękę, a następnie na twarz Pierrota. Pokryta białą pomadą skóra mocno kontrastowała z pomalowanymi na czarno ustami, których kąciki właśnie rozciągnęły się niemal do samych uszu dając dość makabryczny efekt nienaturalnie szerokiego uśmiechu. Grabarz roześmiał się pod nosem, Granicznik cierpliwie czekała dalej. Oburzony Pokerzysta odezwał się wreszcie cicho:

 – Wystarczyło powiedzieć, żebym się nie odzywał. Nie jestem tak głupi, rozumiem co się do mnie mówi wiesz?

– Ale jesteś tak głupi, by nie zauważyć, że czytam i bardzo staram się skupić – odpowiedział Pierrot wyjmując nóż z nogi przyjaciela. Głęboka rana natychmiast się zasklepiła, a cienka blizna po chwili zupełnie zniknęła. 

– A ty nie możesz zacząć czytać na głos? Przynajmniej my też będziemy wtedy wiedzieć, co jest na tej cholernej kartce. 

Po chwili ciszy, jaka nagle zapadła, Grabarz powoli uniósł lekko rondo swojego cylindra tak, by odsłonić oczy i móc spojrzeć na Pierrota:

– Właściwie dzieciak ma rację, mógłbyś czytać na głos i oszczędzić nam trochę czasu. 

Pierrot otarł krew z wbitego wcześniej w nogę Pokerzysty noża i schował go do jednej z licznych, zamaskowanych w jego stroju kieszeni. Ujął w prawą dłoń kartkę papieru i rozsiadł się wygodniej na nieistniejącym krześle, po czym zaczął czytać na głos:

– Z tego, co pamiętam, pokój nie był mały. Miał czarny sufit, bordowe ściany i czarno-białą podłogę, która przyprawiała o zawrót głowy. Kafle białe, kafle czarne, wzór szachownicy, nawet dobrze to wyglądało, a przynajmniej moim zdaniem. Tak szalenie i niezobowiązująco. Jakoś pasowało to do tych bordowych ścian. Bordowe, to chyba dobre słowo na ten kolor, choć gdy tak o tym myślę, to był to raczej kolor powoli krzepnącej krwi. O ile pamiętam, była tam też sofa. Czarna, skórzana, duża i wygodna. Miało tam też być biurko i regał na książki, ale… Ale z jakiegoś powodu nigdy tam nie dotarły. 

Załóżmy, że znajdziesz ten pokój. No więc, znajdziesz i jakoś się do niego dostaniesz, choć myślę, że to nie byłoby proste. Co prawda są tam drzwi – drewniane drzwi, zupełnie zwykłe, ale jeśli się je otworzy… To nawet zabawne, bo za nimi jest ceglany mur. Cegła na cegle i nad nią cegła i pod nią cegła i jeszcze jedna, a na deser kolejna, jak to kiedyś ktoś opisał.  

Pierrot przerwał na moment czytanie i uniósł powoli wzrok, by spojrzeć kolejno w twarz wszystkim przebywającym z nim w opisanym na kartce pokoju osobom. Najpierw na Granicznik, potem na Grabarza, a na koniec na Pokerzystę. Ten ostatni właśnie kończył palić swojego papierosa i po głębokim zaciągnięciu się dymem powiedział cicho:

– To moje słowa. Ja to powiedziałem, gdy po raz pierwszy się tu pojawiłem.

Nikt nie odezwał się więcej, a Pierrot wrócił do czytania zapisanego na kartce tekstu.

– Po co drzwi, które nie pozwalają wyjść? Odpowiedź jest prosta. W tamtym miejscu nie potrzeba wcale żadnych drzwi. Ci, którzy tam mieszkają, poruszają się inaczej niż ludzie. Poruszają się dzięki myśli, myślą zmieniają rzeczywistość, która ich otacza, myślą przenoszą się do innego miejsca. Im nie są potrzebne wcale żadne wejścia, czy wyjścia, a ceglany mur miał być tylko żartem. Jeśli tam trafisz, to również za pomocą myśli i tylko myśl będzie mogła cię stamtąd zabrać.

Będąc tam, pierwsze, co zauważysz, to półmrok. To nie będzie jednak typowy półmrok. On będzie się składał z kilku cieni, które będą zawsze dookoła ciebie, ale nigdy przed tobą. Strzeż się ich. One polują, skradają się, węszą, czasem nawet mówią, choć to tylko legendy. Gdy się odwrócisz, rozpierzchną się na wszystkie strony w popłochu, gdy spojrzysz w bok, rozmyją się gdzieś na granicy twojego pola widzenia śmiejąc się przy tym cicho. Chyba kiedyś były żywymi istotami, ale czy to prawda, to już nie jestem pewna. Czasem wszystko mi się miesza, gdy myślę o tym wyjątkowym miejscu. Wiem za to, bo tego jestem pewna, że w pokoju na ogół nikogo nie ma, ale to nie tak, że jest on zawsze pusty. Czasem odwieczną ciszę łamią szydercze śmiechy. O tym chcę opowiedzieć. O tych, którzy tę ciszę zabijają, bo pora by świat się o nich dowiedział.

– To o nas? – spytał Pokerzysta nie dowierzając, ale w odpowiedzi usłyszał jedynie pytanie Grabarza.

– Skąd ten tekst?

– Sklepikarz ma go z Pierwszego Poziomu Nieba – odpowiedział Pierrot. – Wciąż czuć w nim energię tamtejszego Anioła Porządkowego. 

– Uczeń naszego starego przyjaciela… – Zamyśliła się Granicznik dodając – Chłopak musiał zostać uprzedzony, ale co mu powiedziano? 

– Pewnie, że ma dostarczyć przesyłkę do Sklepikarza i nic więcej – odezwał się po chwili namysłu Grabarz – Rada na pewno sprawdziła go na wszystkie sposoby, a wiesz, że młodzi Aniołowie to fatalni kłamcy. Nie mogli ryzykować, chłopak nie mógł nic wiedzieć. 

– Pewnie tak, ale jeśli masz rację, to pozostaje pytanie Pokerzysty. Skąd wziął się w Niebie ten tekst? 

Nikt nie potrafił udzielić prostej odpowiedzi na to pytanie. Poza tym tekst jeszcze się nie skończył, a Pierrot nie lubił przerywać czegoś, co robił, w połowie, dlatego kontynuował czytanie na głos.

– Nie wiem nawet, czy oni jeszcze czasem tam zaglądają. Gdy tylko myślę o tym pokoju, widzę go oczyma wyobraźni pustego, zapomnianego. Jeśli już coś tam jest, to najczęściej jest to Cień. Widzę go, jak wypełza powoli spod drzwi, przemyka tylko po czarnych kaflach, unika wszystkiego, co jasne. W moich myślach lubi siadać na kanapie, więc jeśli trafisz do tamtego pokoju, pomyśl trzy razy, nim usiądziesz na czarnej skórze, by odpocząć. On może już tam być, może już na ciebie czekać, chcieć cię pochłonąć. Cień strasznie lubi pochłaniać wszystko, co nie należy do wystroju pokoju, to takie jego hobby. Lubi rozbijać materię, absorbować energię. Każdy powinien mieć jakieś hobby prawda? On ma jedno nader konstruktywne – sprząta. Jak dostał się do pokoju? Myślę, że on był zanim ten pokój w ogóle powstał. Coś mi świta, że kupiono go w jedynym sklepie w Międzystanie. Międzystan to taka strefa, gdzie Bóg rzadko zagląda. Chyba boi się być przehandlowanym, w końcu tam można kupić naprawdę wszystko, poza Bogiem oczywiście, ale gdyby tylko tam zajrzał… Wróćmy jednak do pokoju. 

Kiedy melodyjny głos Pierrota wypełniał cztery ściany opisywanego pokoju, z jednej z czarnych płytek wyłonił się powoli kształt przypominający wysokiego mężczyznę. Był to Cień we własnej osobie. Stał o dwa kroki od Pierrota, nachylał się nad nim, jakby chciał go lepiej słyszeć. Jego obecność nikogo jednak nie zdziwiła, dlatego też mężczyzna w satynowym stroju czytał spokojnie dalej.

– Jeśli jakoś udało Ci się ominąć Cień, albo ten w ogóle się nie pojawił, to drugim stałym mieszkańcem pokoju jest Budowniczy. Gdy tak o nim myślę, to jest to dość ciekawa postać. Wyłania się z białych kafli i jest tylko białym kształtem bez twarzy. Nie ma oczu, nie ma uszu, nie ma nawet nosa. Jego zadaniem jest odbudowanie zniszczonych elementów pokoju, dbanie o to, by wszystko było tak, jak być powinno. Teraz, gdy tam prawie nikt nie zagląda, jego obecność nie ma już większego znaczenia, ale dawniej zawsze miał pełne ręce roboty. Naprawiał podłogę, czasem stawiał od nowa mur za drzwiami, czasem malował ściany. Zawsze lubił droczyć się z Cieniem, który nie mógł go wchłonąć. Potrafił godzinami przesiadywać na czarnym kaflu i doprowadzać tym swojego towarzysza do dzikiej furii. Chyba kilka razy zdarzyło się, że gdy stawiał od nowa mur ktoś właśnie pojawiał się w pokoju i zostawał wmurowany. Pamiętam, że raz Budowniczy pomylił jakąś istotę ze zniszczonym kaflem po czym wielkim młotkiem zmiażdżył ją wciskając jednocześnie w podłogę. Gdy o tym myślę, słyszę w głowie śmiech. To Ich śmiech. Oni strasznie lubili taki absurd, zawsze Ich to bawiło. O ile dobrze pamiętam, sprezentowali potem ten kafel Sklepikarzowi z Międzystanu, jako ciekawostkę…

– Pamiętam to – powiedział spokojnie Grabarz patrząc na stojącego tuż obok niego Budowniczego. – To była jedna z Ciem, naszych posłańców. Miała przesyłkę dla Al. 

– …trzecia istota wyłania się zawsze ze ścian. Jest odpowiedzialna za nastrój. Mówią na nią Mirra, a jej zadaniem jest palenie kadzideł. Ma zawsze pokornie spuszczoną głowę, okryta jest od samych stóp, aż po koniuszek głowy bordowym materiałem i nie mówi niepytana. Ona najwięcej zachowała z tego, kim była, zanim trafiła do pokoju. Posiada wciąż część swoich wspomnień, chyba też skrycie ciągle liczy, że kiedyś Bóg się o nią upomni, ale nie sądzę, by Bóg szybko się tam wybierał. Zawsze, gdy Cień oczyści wszystko, Budowniczy naprawi, ona wyłania się ze ściany, obchodzi całe pomieszczenie z kadzidłem i dopełnia rytuału. 

Pierrot skończył czytać i uniósł głowę, aby spojrzeć na resztę osób zgromadzonych w pokoju. Obok Granicznika wyłoniła się Mirra, ale dziś nie trzymała w dłoniach kadzidła. Przybyła do nich, tak jak i pozostali, by wysłuchać uważnie tego, co było czytane na głos. W tych słowach było coś, co brzmiało znajomo. Nie chodziło tylko o sam opis znanego im miejsca, chodziło o sposób budowania zdań, dobierania słów, kolejność ułożenia opisów. Znali to. Znali to doskonale, ale jednocześnie było to dla nich obce. Z zamyślenia wyrwała ich Granicznik.

– Druga strona – powiedziała spokojnie patrząc się gdzieś przed siebie. 

– Druga Strona to my – odpowiedział jej Pokerzysta w zamyśleniu tasując swoją talię kart.

– Jakież to górnolotne – skomentował Grabarz, ale Granicznik zignorowała go mówiąc jeszcze raz:

– Druga strona Pierrocie. – Mężczyzna w satynowym stroju spojrzał na nią nie bardzo wiedząc, co powinien odpowiedzieć, o co dokładnie jej chodzi, dlatego dodała – Przeczytaj drugą stronę kartki. 

Pierrot westchnął ciężko odwracając kartkę na druga stronę. Miała dość duży format, a zapisana była drobnym pismem ściśniętym do granic przyzwoitości. Już miał dość czytania tego na głos, a właśnie się okazało, że był dopiero w połowie. 

– Kiedy myślę o tym pokoju, czasem widzę w nim też wyjątkowe osoby. Najczęściej pojawia się tam Pokerzysta. Ubrany w schludny, czarny garnitur, czarne rękawiczki oraz melonik na głowie wkracza do pokoju ze swoją talią kart. Jego włosy sięgające łopatek, w półmroku pomieszczenia niemal tracą swój granatowy odcień przechodząc w smolistą czerń. Na jego widok cienie chowają się, gdzie tylko mogą, bo gdy mu się nudzi, wyciąga swoją talię kart, po czym rzuca na środek pomieszczenia jokera. Na tym niepozornym kartoniku znajduje się wizerunek szkieletu w czapce błazna, który uśmiecha się szyderczo dzierżąc w dłoni sierp. Kiedy karta zostaje rzucona, właśnie ten szkielet wychodzi z niej, by zebrać swoje krwawe żniwo, a jego pan uśmiecha się na ten widok. Pamiętam ten uśmiech tak dobrze, jakbym widziała go codziennie, jakby zdążył się wypalić w jakiejś cząstce mojego umysłu. Był charakterystyczny, tylko jeden kącik uniesiony do góry, nieznacznie, ledwie zauważalnie. Było w tym coś ulotnego, ale jednocześnie… Nie wiem, jak to nazwać. Świeżego? Tego nie było w żadnym innym uśmiechu, jaki pamiętam, a na pewno pamiętam ich wiele. Lodowato zimne oczy, tak. Oni wszyscy mieli takie samo, martwe spojrzenie.

– To prawda – powiedział Pokerzysta – Z tymi oczami… Też to zauważyłem. Chyba każdy z nas to zauważył. 

– Grabarz. Często był blisko Pokerzysty i był do niego nawet dość podobny. Trochę wyższy, włosy dłuższe, skóra wyraźnie bardziej sina, zęby białe, ale przywodzące na myśl trupa. Też często chodził w czarnym garniturze, trochę inaczej szytym, ale to szczegóły. Nosił cylinder. Wysoki, elegancki cylinder, który był jego znakiem rozpoznawczym. Był zawsze tak mocno naciągnięty na głowę, że jego rondo niemal całkowicie zasłaniało twarz. Gdy tylko pojawia się w mojej głowie, widzę go siedzącego w tamtym pokoju, z okaleczoną dłonią skrytą w rękawiczce. Była w pełni sprawna, choć to tylko garstka kości utrzymywanych przez kilka zmumifikowanych niemalże całkowicie ścięgien i resztek mięśni. W Grabarzu było coś dojrzałego, czego nie miał Pokerzysta, jakieś dziwne zrozumienie, którego nikt nie powinien w sobie nosić. Podobnie zresztą było z Granicznik. Właściwie ją pamiętam przede wszystkim stojącą na granicy, bo w tamtym pokoju była rzadko. Nawet gdy przychodziła, stawała oparta o jedną ze ścian i nie odzywała się prawie w ogóle. Tylko kilka razy… zresztą to bez znaczenia. Pamiętam, że chodziła w ciężkich butach wojskowych, czarnych bojówkach, czarnym biustonoszu. Poza nim miała na sobie jeszcze białe rękawiczki. Oni wszyscy chodzili w rękawiczkach, a przynajmniej ci najważniejsi. Chyba też wszyscy potrafili zabijać. Granicznik na pewno to potrafiła. Nie przeszkadzała jej nawet w tym trzymana w dłoniach tabliczka powitalna. Była szybka, dokładna i zdeterminowana. Pamiętam ten spokój, chłód, jaki od niej bił. Włosy splecione w warkocze tuż przy skórze, by nie przeszkadzały jej walczyć pomimo swojej długości. 

Pierrot przerwał na chwilę, by zaczerpnąć tchu. Wszyscy milczeli w skupieniu słuchając czytanego przez niego tekstu. Westchnął cicho widząc, że jeszcze zostało mu pół strony do końca, ale nie odezwał się ani słowem, tylko wrócił do swojej lektury. 

– Najlepiej jednak pamiętam kogoś zupełnie innego. W swoim satynowym stroju, w połowie czarnym, w połowie białym, Pierrot wydawał się wysoki, szczupły i delikatny emocjonalnie. Nosił większości czapkę, też w barwach reszty stroju, w uszach kolczyki zdobione długimi, czarnymi piórami, a twarz malował białą pomadą, pokrywając tylko usta czarnym kolorem. Malował je zawsze tak, by wydawały się szersze. W ten sposób, gdy tylko się uśmiechał, miało się wrażenie, że ten uśmiech nie ma końca, że sięga od jednego ucha do drugiego. Pamiętam, że miał do tego wielkie wahadło, którego koniec został specjalnie dla niego przerobiony na ostrze. Chyba miał też namalowaną małą, czarną łezkę pod prawym okiem… albo lewym? I oczy. Na powiekach miał namalowane pełne smutku i rozdarcia spojrzenie. Prawie nie mam wspomnień, w których miałby otworzone oczy. Były zimne, tego jestem pewna. Zimne, okrutne, chyba też szalone. Pierrot był szaleńcem, pamiętam to doskonale. Okaleczonym, wspaniałym szaleńcem pięknym w swym obłąkaniu, jak nikt inny. Był też wspaniałym kłamcą, ale kłamstwo było kolejną umiejętnością charakterystyczną dla nich wszystkich. Miał, jak i większość z nich, czarne, długie włosy, ale zawsze chował je starannie pod swoją czapką. Wspaniały, melodyjny głos, którego zupełnie nie pamiętam. Nie pamiętam głosu tego, który stał na ich czele. Nie pamiętam głosu żadnego z tych, którzy stanowili Majestat.

Pierrot skończył wreszcie czytać i zgiął trzymaną w dłoni kartkę. Reszta patrzyła na niego w milczeniu zastanawiając się nad tym, co powinni teraz zrobić. Kolejno odchodzili dziwni mieszkańcy pokoju, aż członkowie Majestatu zostali sami. Grabarz w zamyśleniu wyjął ponownie paczkę papierosów i kolejno poczęstował wszystkich. Tym razem nikt mu nie odmówił i po chwili wszyscy trzymali już je w ustach zaciągając się gryzącym dymem. Pierwszy odezwał się Grabarz. 

– Pomijając kwestie, że dziwnie mi tak było słuchać o nas samych, muszę przyznać, że opis wiernie oddaje nie tylko pokój, ale i nas. Co teraz z tym zrobimy?

– A co powinniśmy zrobić twoim zdaniem? – spytała Granicznik. 

– Nie jestem dobry w podejmowaniu tego typu decyzji. Obawiam się, że przez zbyt długi czas cedowaliśmy to zawsze na Pierrota i Al. Problem polega na tym, że Al już z nami nie ma, a Pierrot tej decyzji nie może podjąć sam. 

– Jakby Al tu była, to Pierrot nie czytałby nam bajki do snu, a decyzje wciąż mijałyby nas radośnie szerokim łukiem – stwierdził Pokerzysta po czym zaciągnął się głęboko. 

Kiedy płuca najmłodszego mężczyzny wypełnił gryzący dym z palonego papierosa, ostrze noża wbiło mu się głęboko w prawy oczodół.  Krew zalała jego twarz mieszając się ze spływającą mu po policzku zawartością gałki ocznej. Grabarz zaczął śmiać się cicho naciągając mocniej cylinder na twarz, a Pierrot ograniczył się tylko do zniecierpliwionego chrząknięcia. Chyba chciał coś powiedzieć, ale uprzedził go Pokerzysta.

– Bawi cię to, Granicznik? Nie masz innego hobby? Weź sobie znaczki zacznij zbierać, dzieci porywać, gulasz z nich gotować, cokolwiek, bylebyś się od mojego oka wreszcie odpieprzyła… – w tym momencie drugi nóż trafił w lewe oko – … no chyba żeśmy się jednak nie dogadali.

Pokerzysta dał sobie spokój z dalszą rozmową i zaciągnął się po raz kolejny papierosem ignorując fakt, że stracił swoje oczy, a w ich miejscu sterczały teraz dwie rękojeści świetnie wyważonych noży o ząbkowanych ostrzach. Czemu tylko jego to zawsze spotykało?

– Świetnie wyglądasz – stwierdził Grabarz przyglądając się kapiącej na podłogę krwi. – Mógłbym tak patrzeć na ciebie cały dzień, ale tu nie ma dnia ani nocy, więc wróćmy do sprawy, jeśli można. 

Granicznik dopaliła swojego papierosa, rzuciła resztkę na ziemię i zdeptała butem, po czym podeszła do Pokerzysty by wyciągnąć z niego swoje dwa noże. Mężczyzna, słysząc jej kroki, odchylił się jednak, jak tylko mógł najmocniej mówiąc:

– Zostaw. Spodobały mi się. 

– Podsumujmy, póki Pokerzysta nie gada – powiedział Grabarz wyrywając jeden z noży i wbijając w gardło przyjaciela. – Mamy tekst o nas, tekst o Drugiej Stronie, o Pokoju, o którym właściwie nikt poza nami nie wie.

– Tak – przytaknęła Granicznik, Pokerzysta tylko coś wycharczał.

– Mamy tu nawet mieszkańców pokoju wymienionych. 

– Tak. 

– Mamy wzmiankę o sytuacjach z naszej przeszłości. – Dodał po chwili namysłu Grabarz.

– Do czego zmierzasz? – spytał Pierrot patrząc, jak Pokerzysta wyjmuje ze swojego ciała noże i leczy rany. 

– Sam nie wiem. Liczyłem, że zacznę temat, a ty podsumujesz za nas i zaproponujesz sensowne rozwiązanie. 

Trwali w ciszy, jak na nich wystarczająco długo, bo ją bezpardonowo uśmiercić. Pierwszy odezwał się kończący odbudowę tkanek oka Pokerzysta:

– Jak myślicie, kto to napisał? 

Po tym pytaniu reszta spojrzała na niego, jakby mieli do czynienia z chorym umysłowo osobnikiem leżącym już na łożu śmierci. Była to mieszanina litości, żalu i ulgi spowodowanej zbliżającym się końcem. Kiedy najmłodszy mężczyzna już zaczął otwierać usta, by spytać, dlaczego tak zareagowali na jego pytanie, w jednej chwili w dłoniach Granicznika pojawiły się noże, rękawiczka Grabarza spadła na ziemię odsłaniając okaleczoną dłoń, a w ręku Pierrota pojawiło się jego sławne wahadło. Mężczyzna zrezygnował. Zamiast niego odezwał się Pierrot.

– Macie coś sensownego do powiedzenia?

– Odszedł od nas lata temu i czas, jaki spędziliśmy razem w Niebie wydaje mi się teraz nierealny. Czasem mam wrażenie, że on nigdy nie istniał, my nigdy nie byliśmy mieszkańcami Nieba, a Bóg nigdy do nas nie przemawiał – stwierdził Grabarz zakładając na dłoń rękawiczkę – Kiedy myślę, że nadszedł czas jego powrotu, zupełnie nie potrafię wyobrazić sobie, że coś ulegnie zmianie, a już na pewno ciężko mi wyobrazić sobie ponowną wojnę w Niebie i nasz powrót do niego, jako jego prawowitych mieszkańców. Już sama myśl, że era człowieka dobiegła końca dziwnie mnie bawi, a świadomość przywrócenia starego ładu wręcz staje się świetnym żartem. 

– Zamknij się już – warknęła Granicznik, ale mężczyzna ją zignorował. 

– Co teraz Pierrocie? Problem pozostaje problemem. Otrzymaliśmy wiadomość, co zamierzamy z nią zrobić? On jest teraz człowiekiem. Musisz uwzględnić ryzyko Pierrocie.

– Ryzyko? – spytał zdziwiony Pokerzysta. 

– Ryzyko, że nie pamięta jednak wszystkiego, ryzyko, że zmienił zdanie, lub nie rozumie do końca, na co właśnie się zdecydował. A co jeśli ta wiadomość była w Niebie przez ten cały czas, a on nawet nie wie o naszym istnieniu?

– A to on tego nie napisał teraz? – Pokerzysta zdziwił się jeszcze bardziej. 

– A jak by to dotransportował do Nieba? – spytał go w odpowiedzi Grabarz, na co odezwała się Granicznik. 

– Jeśli napisał to teraz, to do Nieba musiał to przekazać jego Anioł Stróż. Dostarczenie takiej wiadomości mogło ściągnąć uwagę Rady, a ta już od lat próbuje go odnaleźć. Al zadbał, by jego akta zniknęły, gdy tylko stał się człowiekiem. Oni muszą go teraz znaleźć, zadbać, by nie wyrwał się z cyklu reinkarnacyjnego. Ryzyko, że zostałby zauważony w takim wypadku było za duże. 

– Gdybanie nic nie da. – Wtrącił się Pierrot. – Al nigdy nie grał zgodnie z zasadami. Prawdopodobieństwo, że postąpił wbrew wszelkiemu zdrowemu rozsądkowi jest cholernie duże. 

– Równie dobrze możemy założyć, że Rada maczała w tym palce. Majestat składał się z pięciu osób – stwierdził nagle Pokerzysta. – Ktokolwiek to napisał, pominął najważniejszego…

– Pięć istot związanych wspólnym postanowieniem stworzenia domu niewinnie skazanym za cudze zbrodnie Świętym. – Przerwał mu Pierrot doczytując ostatni akapit tekstu, który wcześniej pominął. – Piąty był architektem tego szaleństwa. Ciężkie buty okute metalem, stalowe oczy, usta wykrzywione pogardliwym uśmiechem, czarne włosy spływające do pasa. Teraz już go tam nie ma, ale jego wspomnienie wciąż żyje w świecie obłędu, gdzie czas liczony na trzy płynie inaczej, niż w Niebie. Czy pozostali usłyszą, gdy ich zawoła?

Pierrot umilkł spoglądając na pozostałych wyczekująco. Nagle odezwała się pogrążona w myślach Granicznik.

– Usłyszeliśmy cię Al – powiedziała cicho. – Nie zapomnieliśmy tak samo, jak ty. Jesteśmy gotowi…

– …do wojny. – Dokończył jej myśl Grabarz.

– Zbudził się? – spytał cicho Pokerzysta.

– Jeszcze nie – odpowiedział Pierrot przyglądając się uważnie trzymanej w dłoni kartce papieru. – Dopiero zaczyna się do tego szykować. Miną lata, nim będzie gotów, albo może nawet całe życie, ale ktokolwiek nad nim czuwa, uznał za stosowne uprzedzić nas, co się z nim dzieje i jednocześnie poinformować o charakterze jego… powrotu.

– To znaczy? – Chciał wiedzieć Grabarz.

– To znaczy, że nie mamy szukać rozbłysków mocy, ani manifestacji dawnej potęgi, tylko tego.  – Uniósł kartkę i zamachał nią lekko. – Świadectwa odzyskiwanych wspomnień i posiadanej wiedzy. Wybrał drogę, która odpowiada nadanemu mu dawniej imieniu. W końcu nie nazwali go Bożą Siłą, a Bożym Intelektem.

– Nazwali go też Katem Boga, ale jakoś… – Pokerzysta umilkł uciszony wściekłym spojrzeniem pozostałych. 

– Pora rozesłać wiadomość – powiedział Pierrot podnosząc się ze swojego nieistniejącego krzesła. – Do wszystkich tych, którzy przysięgali wierność sławnej Bożemu Intelektowi, Przywódcy Pierwszego Pokolenia Łączników, Wysłannikowi Nieba.

– Co do nich napiszemy? – spytał cicho Pokerzysta.

– Napiszemy, żeby się powoli szykowali. Napiszemy też to, co powtarzał nam zawsze, a my nigdy nie chcieliśmy zrozumieć – powiedział Pierrot szykując się do opuszczenia pokoju. – Napiszemy słowa, które były jego mantrą, a na które Bóg był wystarczająco długo głuchy. Napiszemy:

„Świat zgnił.”

Ilustracja: Maya Szymańska