Sen

Często wplatam do swojej twórczości elementy zapamiętane ze snów. Rzadko zdarza mi się spisać całość, jako opowiadanie. W wypadku tego snu zrobiłam wyjątek i spisałam go tak, jak go zapamiętałam, a potem zupełnie o nim zapomniałam na ponad dziesięć lat. Po tak długim czasie niewiele zmieniłam. Może tylko trochę dopracowałam, aby całość czytało się łatwiej, ale pod względem samego obrazu? Nic. Wciąż widzę to tak samo i w takiej formie już to zostanie. 

Od Autorki

Miałem kiedyś sen, kochanie. Śnił mi się pokój, którego nie widzę i czarne istoty nade mną. Byłem niewidomy, zabrali mi po jednym oku i wsadzili sobie we wspólne, wielkie serca, a serce to bijąc dawało im życie. 

Nie wiem kiedy pojąłem, że zostałem schwytany. Nie nałożyli mi żadnych pęt, nie ograniczyli swobody ruchu, a jednak nie byłem wolny. Ich umysły pochwyciły mnie, zniewoliły, odebrały możliwość decydowania o samym sobie. Gdy szarpałem się, by odzyskać wolność, by znów stać się panem swojego losu, oni maszerowali tuż przede mną ciągnąc mnie za sobą, zmuszając bym stawiał krok za krokiem, niczym bezwolna marionetka. 

Nie widziałem ich w mroku który mnie otoczył. Nie mogłem ich zresztą widzieć, bo im czym miałbym to zrobić? Odebrali mi oczy, a jednak niepokorny umysł podsuwał mi uparcie obraz moich własnych źrenic błyszczących w ich ciałach. Nagle stały się tak czerwone, tak obce, tak nieludzkie, że musiałem potrząsnąć głową, spróbować choć na chwilę wyrzucić je ze swojej wyobraźni.  Na niewiele mi się to zdało. One wciąż tam były. Nie ważne co bym robił, ciągle były. 

Walczyłem o wolność, ale jak miałem pokonać tych, którzy skradli mi moje oczy? Zresztą to nie oczy były problemem, a niewidoczny sznur, którym mnie związali, przez który mną sterowali zmieniając w bezwolną kukiełkę. Jak miałem przed nim uciec? Jak mogłem go zerwać? Chciałem krzyczeć, ale moje usta pozostały zamknięte. Chciałem szarpać się, ale to również nie było możliwe. Nie próbowałem tylko wołać o pomoc, bo przynajmniej w tym wypadku wiedziałem, że nie miałoby to najmniejszego sensu. Mojego głosu i tak nikt by nie usłyszał. 

Walczyłem o wolność, gdy oni krążyli, i węszyli, bo och, przecież mogli mi zabrać dużo więcej. Nagle zrozumiałem, że to nie tylko zwykłe najście. To była profanacja! Zalała mnie fala złości, która szybko wzmocniona bezsilnością przerodziła się w czystą nienawiść. Sen, pomyślałem próbując odzyskać panowanie nad własnym sercem. Przecież to tylko sen. Gdy to wreszcie zrozumiałem, wiedziałem już, co mogę zrobić. Zasłoniłem dłońmi puste oczodoły, a potem z całych sił zmusiłem się, by unieść powieki. 

Obudziłem się zlany potem. Zrozumiałem, że jestem stanowczo zbyt wstrząśnięty, by myśleć trzeźwo. Czułem absurdalną potrzebę, obezwładniającą konieczność przekonania się, kim teraz jestem. W pierwszej chwili nie odważyłem się otworzyć oczu. Zamiast tego dotknąłem opuszkami palców  swojej twarzy. Kości policzkowe były na miejscu, policzki i czoło chyba się zgadzały, usta wydawały się suche, ale przynajmniej były moje. Odetchnąłem z ulgą. Sen. To był tylko sen. Uspokojony uniosłem wreszcie powieki i…

…nie zobaczyłem nic. Zabrali mi oczy. Moje oczy. Zabrali mi je i odeszli do świata, do którego nie mogłem za nimi podążyć. 

Straciłem moje oczy. Nie mogłem w to uwierzyć, ale tak właśnie było. Puste oczodoły były świadectwem tej zbrodni. Nikt by mi nie uwierzył, ale ja wiedziałem, że tu byli, że to oni mi to zrobili. Potwory utkane z samej ciemności. Bez kształtu i bez formy, pchane niekończącym się głodem, podróżujące od snu do snu, od koszmaru do koszmaru. 

Teraz wiem, w końcu to zrozumiałem. Przed nimi nie ma obrony. Jak mogłaby być? W końcu granica między jawą, a snem jest tak cienka, kochanie.

Koszalin, 12.2007 r. – 06.2020 r.