Spotkanie we śnie

To jeden z tekstów, który uzmysłowił mi, jak wiele się zmieniło w moim postrzeganiu świata przez tych kilka ostatnich lat. Zmieniło się niemal wszystko. Na szczęście zmienił się też mój styl, oraz w niepamięć odeszło zamiłowanie do przesadnego gmatwania fabuły, nie wyjaśniania niczego, wciskania w usta postaci enigmatycznych wiadomości niezrozumiałych dla nikogo innego… Muszę przyznać, że wersja pozbawiona przesadnych ozdobników, dziwnych metafor i, przede wszystkim, dokończona, prezentuje się o niebo lepiej. 

Od Autorki

Patrzyła na korony drzew oświetlone zachodzącym słońcem. Półleżąc na rozgrzanej trawie opierała ciężar ciała na łokciach unosząc się lekko tak, by móc swobodnie wodzić wzrokiem po okolicy. Delikatny uśmiech  gościł na jej twarzy, a rozmarzona mina sprawiała, że wyglądała o wiele młodziej. Zapatrzony w nią, jak w obrazek, sam czuł się młodszy, silniejszy i… prawie zakochany. 

– Gdyby ktoś mnie o to spytał… – szepnęła nagle nie odrywając wzroku od ciemnozielonych liści drzewa, pod którym leżała – …to powiedziałabym, że miłość nie istnieje. Gdyby ktoś mnie spytał, to powiedziałabym, że umarła wraz z nadejściem pierwszego we Wszechświecie poranka.

Przez chwilę trwali w ciszy. Patrzył na nią w zamyśleniu lekko mrużąc zielone oczy. Tak bardzo się od siebie różnili. Ona niska, drobna, o ciemnowiśniowych włosach sięgających ramion, lekko kręcących się na samych końcach, była jak dziecko w ostatnich dniach beztroski, tuż przed wejściem w dorosłe życie. Była nadzieją, która jeszcze nie umarła i marzeniami, które nie zostały jeszcze utracone. On wysoki, szczupły, o jasnej karnacji i czarnych, prostych niczym druty włosach sięgających pasa, był reliktem minionej epoki, wszystkim tym, co już przeminęło, co odeszło i nigdy nie powinno powrócić. Uśmiechnął się sam do siebie z lekkim niedowierzaniem. Kocham ją, pomyślał nagle kręcąc przy tym lekko głową. Kocham ją, jak tylko potrafię — miłością brudną, przegniłą i pełną intrygi. 

– Gdyby ktoś mnie spytał… — Znów zaczęła mówić pozwalając przy tym, by jej głowa opadła swobodnie do tyłu, powieki lekko się przymknęły, a szyja w pełni nacieszyła promieniami słońca. — Gdyby tylko ktoś mnie spytał, powiedziałabym, że świat umarł, tylko my uparcie nie przyjmujemy tego do wiadomości.

Patrzył na nią z zachwytem, na jaki stać tylko zakochanego szaleńca rozdartego między pragnieniem czułości, a potrzebą okaleczenia. Przymknął oczy zwalczając desperacko pokusę dotknięcia jej. Wiedział, że na jednym dotyku by się nie skończyło. Nigdy się nie kończyło, a im częściej ją miał, im częściej ją brał, tym bardziej jej pragnął. 

Pierwszy raz bała się go. Gdy po całej wieczności wreszcie ją odnalazł, ona nie poznała go i uciekała bliska płaczu. Gonił ją. Sam nie wiedział dlaczego, ale gdy w jej oczach nie znalazł zrozumienia, coś w nim umarło i chyba dlatego to zrobił, chyba dlatego mu nie zależało. Drugi raz był podobny. Znów uciekała, on znów ją gonił, jednak tym razem coś się zmieniło. Nie potrafił ubrać tego w słowa, ale miał wrażenie, że oto poczuł echo przeszłości. Tym razem ją złapał. Poddała mu się, gdy tylko wziął ją w ramiona, a chwilę potem już jej nie było. Za trzecim razem…

– Za trzecim razem sama ci się oddałam, gdy tylko mnie dotknąłeś. Jakbym wiedziała, jakby moje ciało pamiętało wszystko to, co wyparł skołatany umysł. — Dokończyła jego własną myśl.

Otworzył powoli oczy, ich twarze dzieliły jedynie centymetry. Kiedy się do niego zbliżyła? Uśmiechała się złośliwie, w ten jej charakterystyczny sposób, unosząc jedynie prawy kącik ust. Brakowało tylko… nie. Nie brakowało. Gdyby w jej oczach pojawiło się pełne zrozumienie, byłaby też pogarda, a z pogardą szła by moc. Gdyby była moc, nie byłoby uległości. Zgniotłaby go obcasem, wymknęła z jego objęć, kusiłaby i wyśmiewała, zachęcała i odtrącała raz za razem wiedząc, że pragnie go tym mocniej, im on jest od niej lepszy. Tylko, że on nigdy nie był lepszy, co najwyżej ledwie równy, a dawna ona nigdy nie mogła pozwolić sobie na słabość, jaką było niewątpliwie uczucie. 

– Skąd wiedziałaś, o czym myślę? – spytał cicho.

– Nie wiedziałam – szepnęła zmniejszając powoli dzielący ich dystans. – Miałam taką nadzieję.

Nie pocałowała go, on też tego nie uczynił, choć ich wargi już delikatnie się ze sobą zetknęły. Spoglądali jedynie na siebie spod lekko przymkniętych powiek, toczyli odwieczną walkę z własnym pożądaniem. To, które pierwsze by się poruszyło, które pierwsze ofiarowałoby ze swojej strony pocałunek, przegrałoby. 

– Gdyby ktoś mnie spytał… – szepnęła, a ciepłe powietrze omiotło jego wargi przyprawiając go o dreszcze. – Gdyby ktoś mnie spytał, odpowiedziałabym że to wszystko i tak bez znaczenia. Żyjemy, umieramy, gnijemy, odradzamy się. Pragniemy, zdobywamy, upadamy, błądzimy. Wyznaczamy sobie cele łudząc się, że to nada nam jakąkolwiek wartość, ale nie ma wartości w niekończącej się gonitwie za zbawieniem. Nigdy jej nie było. 

Nie rozumiem jej, pomyślał czując jak całym jego ciałem szarpią dreszcze. 

Słońce już zaszło, niebo stawało się z każdą mijającą chwilą coraz ciemniejsze, zerwał się nawet delikatny wiatr. Myśli znów mu uciekły do przeszłości. Może dlatego, że powietrze niosło ze sobą zapach minionych czasów. Poznałby go wszędzie. Zapach strachu i wojen, okrutnego ładu, perfekcji nie znoszącej sprzeciwu. Nagle poczuł, jak zakuło go boleśnie serce. Coś było dziś w aurze tego miejsca, coś tkwiło głęboko w jej słowach, co nakazywało mu pamiętać o tym, co przeminęło. 

– Wróć do mnie. – Stanowcze, choć ciche słowa sprawiły, że lekko drgnął wyrwany ze świata własnych myśli. – Gdy jestem obok, myśl tylko o mnie. Gdy patrzę na ciebie, bądź tylko mój. Niebawem odejdziesz, a ja znów zostanę sama w świecie, którego nawet nie rozumiem. Nie marnuj czasu na rozmyślanie.

– Nie powinnaś tak mówić – odsunął się od niej delikatnie, by lepiej móc się jej przyjrzeć.

– Dlaczego? – spytała.

– Jesteś na to za młoda…

Nim zdołał dokończyć, roześmiała mu się prosto w twarz, po czym sama zaczęła mówić: 

– Gdy wziąłeś mnie czwarty raz zrozumiałam…

Nie chciał tego słuchać. Nie teraz, nie w takich okolicznościach. Próbował ją powstrzymać, ale wymknęła mu się wstając szybko i podchodząc do drzewa. Jej biodra kołysały się delikatnie przy każdym kroku przykuwając wzrok, hipnotyzując tak samo, jak wypowiadane słowa. 

– …zrozumiałam, że nigdy przed tobą nie ucieknę, że zawsze mnie odnajdziesz, że zawsze będziesz tuż obok. Choć nie pamiętałam kim jesteś, choć nie wiedziałam, czego chcesz, czułam, że należymy do siebie. Ja do ciebie, ty do mnie, po trochu tylko, lecz i ta odrobina wystarczyła, bym nie mogła o tobie zapomnieć.

Oparła się o gruby pień drzewa, znów spojrzała mu głęboko w oczy. Nie, nie wstawaj, powtarzał sobie uparcie. Nie idź do niej, bo wiesz, jak to się skończy.

– Pamiętasz to wszystko? – spytał z niedowierzaniem. 

– Zapisałam. – Zaśmiała się cicho dodając. – Zapisałam, by nie zapomnieć, ale tego nie da się zapomnieć. Nie mogłam zapomnieć. Nie potrafiłam, choć bardzo chciałam. Dotyku twoich dłoni, ciepła twoich ramion, smaku pocałunku, zapachu rozgrzanej skóry…

– Przestań… – jęknął czując, jak zalewa go fala gorąca.

Oczywiście kłamał. Nie chciał, by przestała. Chciał by mówiła dalej, by nigdy nie przestała tego robić. 

– Nie mogłam zapomnieć tego, jak mnie całowałeś, tego jak przypierałeś do ściany, jak mnie rozbierałeś…

– Jak brałem cię niemal siłą. – Dodał z szerokim uśmiechem. – Jak zawsze starałaś mi się wymknąć.

– Tego, jak doprowadzałeś mnie do szaleństwa, jak bawiłeś się mną, jak zostawiałeś, wracałeś, odnajdywałeś, ochraniałeś, potępiałeś. Jak chwytałam cię za rękę, byś tym razem mi nie zniknął i uciekałam przed samą sobą, gdy już znikałeś. A potem zrozumiałam, że to nie przypadek, że nie jesteś…

Urwała nagle. Dopiero, gdy umilkła, dotarło do niego, że stał tuż przed nią. Kiedy podszedł? Kiedy pchnął ją na pień drzewa i zaczął wodzić dłońmi po jej szczupłym ciele? Dość! Skarcił się w myślach, wziął głęboki oddech, oparł dłonie o szorstką korę, po czym sam do siebie szepnął:

– To nie czas na to.

– Nie. – Przyznała mu rację, ale mimo tego szarpnęła go zmuszając, by się lekko pochylił, po czym szepnęła mu prosto do ucha – Weź mnie. Dlaczego się opierasz? To tylko sen, rano i tak obudzę się we własnym łóżku.

– Nie…

Zaczął, ale nie potrafił dokończyć. Do głowy nie przychodził mu żaden logiczny powód, dla którego miałby jej odmówić. 

– Kiedy utraciłem kontrolę nad sytuacją? – spytał tylko.

– Kiedy zrozumiałam, że to sen – odpowiedziała puszczając jego szyję i pozwalając mu się odsunąć. Z poirytowaną miną zarzucił jej:

– Wiedziałaś o tym wcześniej.

– Tak i nie. Wiedziałam, że śnię, ale nie wiedziałam, że ty jesteś prawdziwy.

Stał wpatrzony w jej niebieskie oczy, a ona uśmiechała się coraz szerzej. Nie wiedział, co powinien powiedzieć, ani jak się zachować. Cisza zaczęła się przedłużać, coraz bardziej mu ciążyć.  Źle to rozegrał, pozwolił na moment wybić się z rytmu. W jego wieku popełnić taki głupi błąd? 

– Co masz na myśli? – mruknął cicho nachylając się nad nią, pozwalając, by jej szczupłe ręce ponownie oplotły jego szyję, by nogi objęły go w tali, by ciasno przywarła do niego dociskana do grubego pnia drzewa, podczas gdy na niebie zaczęły pojawiać się pierwsze gwiazdy. — Co chcesz mi powiedzieć?

– Żebyś się ze mną pieprzył do białego rana. Żebyś sprawił, bym zapomniała o wszystkim, co realne, a potem zostawił mnie, jak zawsze, zupełnie samą. O nic więcej nie proszę — mówiąc to przekrzywiła lekko głowę, by ułatwić mu dostęp do swojej szyi.

Całował ją powoli, delikatnie, nie pomijając nawet najmniejszego kawałka skóry, czując, jak rozpływa się w jego ramionach. Uśmiechnął się do siebie. Znów poczuł, że to on kontroluję sytuację, póki nie usłyszał:

– Ciesz się ze mną tą nocą, bo to może być ostatnia.

Zamarł w bezruchu, gdy jego uszy wypełnił pełen satysfakcji śmiech. Myśli w momencie opuściły jego umysł. Znał ten śmiech, znał ten sposób bycia, znał…

– Przypomniałam sobie – powiedziała to tak cicho, że niemal mu to umknęło.

Całe pożądanie naraz opuściło jego ciało. Chciał tego, chciał by sobie przypomniała czasy, gdy jeszcze byli nieśmiertelni, życia, które poświęcili dla jej marzeń. Chciał by pamiętała, co jest jej celem, a raczej co nim było, nim wyrzekła się własnych wspomnień. Potem pozwolił swoim pragnieniom umrzeć. Zrozumiał, że tak było lepiej. Przynajmniej nie pamiętała ani bólu, ani cierpienia, ani tego, że…

– Świat zgnił – szepnęła cicho. – Świat zgnił, kochanie, a ja mam dość już modlitw do Boga, który mnie nie słucha. Nie jesteś mi nic winien, zrozumiem gdy odmówisz, ale osobiście ci tego nie radzę. Chciałam z tobą już dawno temu porozmawiać, ale jak na złość, nie potrafiłam cię odnaleźć. Zawierzyłam światu, którego nienawidzę, pozwoliłam uśmiercić własne ideały. Zrozumiałam to za późno. Wołałeś mnie, a ja nie potrafiłam odpowiedzieć. Próbowałam cię przywołać, ale bezskutecznie. Jako człowiek, jestem za słaba. Tylko we śnie mogę podróżować i tylko we śnie mogę przekraczać granice ludzkiego ciała.

– Poczekaj… – Zaczął starając się wypełnić pustkę w swojej głowie.

– Nie – odpowiedziała twardo nie dając mu dokończyć myśli. – Już za późno. Przykro mi.

Pozwolił by po pniu drzewa osunęła się i stanęła na własnych nogach przyglądając mu się uważnie. Przesunął wzrokiem po jej ciele, potem spojrzał prosto w oczy i westchnął ciężko nie mówiąc nic. 

– Czas dobiegł końca – oznajmiła z ostatecznością, która naprawdę go zaskoczyła. – Wiesz o tym chyba nawet lepiej, niż ja. Słyszę głos, który mnie wzywa. Muszę na niego odpowiedzieć.

Delikatnie pogładził ją po ramionach, ale ostatecznie skinął głową na znak, że rozumie. Więc stało się, pomyślał. Po raz ostatni delikatnie ją przytulił, potem jednak wypuścił ją ze swoich objęć odsuwając się od niej na kilka kroków. Dopiero teraz uważnie rozejrzał się po okolicy i dostrzegł, jakie miejsce odtworzyła nieświadomie. To drzewo, ta polana, jej prywatna oaza. Miejsce, w którym dawno temu wypowiedziała słowa, które zmieniły wszystko. 

– Co teraz? – spytał niechętnie.

– To samo, co zawsze – odpowiedziała przyklękując na prawe kolano i pochylając głowę. – W końcu istnieją przysięgi, których nawet śmierć nie jest w stanie unieważnić.

Skinął głową, bez słowa przywołał do prawej dłoni miecz. Czas pokoju dobiegł końca. Gdy spotkają się następnym razem, będzie to na polu bitwy, z setkami ciał dzielącymi ich od siebie. Jak zawsze, gdy odzyskanie równowagi musi zostać opłacone krwią winnych. 

– Walcz dobrze i nie daj mi się zabić – poprosił na koniec.

– Wzajemnie i…

Nie dał jej dokończyć. Jednym szybkim cięciem pozbawił ją głowy zabijając ją we śnie i kończąc jej życie w świecie rzeczywistym. Potem odszedł bez słowa, bez oglądania się za siebie. Nie pierwszy raz, zapewne nie ostatni. 

Koszalin, czerwiec 2011 – sierpień 2020