Sukkub na wolności

Jest to jedno z niewielu opowiadań, w których pojawia się pomocnik Sklepikarza. Teraz, gdy tak o tym myślę, to całkiem zabawne, bo naprawdę lubię tę postać…

Od Autorki

To był kolejny spokojny dzień w jedynym sklepie w Międzystanie. Właściciel ścierał właśnie kurze z ułożonego na półkach towaru nucąc przy tym cicho. Jego okrągłe okulary zsunęły się niemal na sam czubek nosa, ale on zdawał się tego zupełnie nie zauważać. Kolejne przedmioty, które brał delikatnie w szczupłe dłonie, zostawały poddane krytycznym oględzinom, a następnie starannie oczyszczane niewielką ściereczką. Delikatny, firmowy uśmiech nie znikał z twarzy mężczyzny nawet na chwilę, choć nie zapowiadało się wcale, by miał dziś odwiedzić to wyjątkowe miejsce jakikolwiek klient.

Sklepikarz starannie porządkował swój asortyment rozmyślając jednocześnie nad tym, jak niezwykłe przedmioty udało mu się zdobyć przez te wszystkie lata. Kto by pomyślał, że na tak małej przestrzeni może się pomieścić tak wiele cudów? Szkoda tylko, że ostatnio wszystkie te cuda i rzadkości nie były już w takiej cenie, jak dawniej. O dziwo jednak, sklep wcale na tym nie ucierpiał. Wręcz przeciwnie, nigdy nie miał się tak dobrze, jak teraz, a było to zasługą młodego pomocnika. Chłopak pokochał to miejsce na swój wyjątkowy sposób, bowiem stało się ono jego prawdziwym domem. Sprzątał, układał, porządkował i pod nieobecność właściciela doglądał wszystkiego. Był nieocenionym wsparciem, choć miewał też swoje gorsze chwile.

Ciche kroki wypełniły sklep. Sklepikarz odłożył wycierany właśnie przedmiot, odwrócił się i powitał chłopaka ciepłym uśmiechem poprawiając jednocześnie okulary na nosie.

– Wyspałeś się chłopcze? – spytał uprzejmie.

– Niekoniecznie, ale bywało gorzej.

Pomocnik ziewnął podchodząc z kubkiem gorącej kawy do mahoniowej lady. Przez chwilę przyglądał jej się w roztargnieniu, po czym oparł się o nią plecami zwracając się do swojego pracodawcy ospałym głosem.

– Miałem dziwny sen.

– Doprawdy? – Zainteresował się mężczyzna odkładając ściereczkę do kurzu i sięgając po szklankę wody stojącą na jednej z półek. – Co cię się śniło?

Chłopak zamyślił się na chwilę, upił ostrożnie mały łyk gorącego napoju i powiedział:

– Śniło mi się, że siedziałem na wielkim, miękkim łożu z baldachimem, gdy nagle przede mną pojawiła się kobieta w zwiewnej, czerwonej sukni.

– Jesteś pewien, że chcesz mi o tym opowiedzieć? – spytał Sklepikarz przeczuwając w jakim kierunku może ta rozmowa pójść.

– A czemu nie? – Pomocnik wzruszył ramionami nie kryjąc lekkiej irytacji, dodał. – To mam mówić?

– Tak, jeśli masz ochotę.

– No inaczej bym nie zaczynał w ogóle, ale chyba nie o to panu chodzi. W każdym razie ona tak stała przede mną i się patrzyła. Przyjrzałem jej się uważnie zastanawiając, po co w ogóle się przede mną tak pojawiła, ale ona nie odezwała się ani słowem. Nagle sięgnęła po… – Chłopak szukał przez chwilę właściwego słowa, ale ostatecznie nie znalazł niczego, co oddawałoby jego myśli. – No nieważne, takie coś, co tę sukienkę trzymało. Zapięcie jakieś chyba? Bez sensu… taka klamra to była chyba, bo jak ją nacisnęła, to ta sukienka zsunęła się na ziemię natychmiast. Spojrzałem na nią dalej zastanawiając się, po co ona tak stoi, aż wreszcie chyba znudziło jej się to czekanie, bo odezwała się w końcu. Powiedziała, żebym ją posiadł natychmiast. Spytałem, po co mam ją posiadać, bo nie do końca skojarzyłem, że chodzi jej o stosunek, ale zorientowałem się, gdy zaczęła się dotykać po całym ciele…

– Podziwiam brak skrępowania z twojej strony chłopcze i twoją bezpośredniość. – Wtrącił się na moment Sklepikarz, ale jego pomocnik kontynuował niespecjalnie zrażony tą uwagą.

– No i tak się dotykając spytała mnie, czy położę się na łóżku. Nie chciałem, więc po prostu wstałem z tego łóżka i ją minąłem. Złapała mnie za ramię, bo chyba się zdziwiła i wtedy spytała dlaczego chcę odejść, to odpowiedziałem, że strasznie nie lubię takich miękkich łóżek. Łóżko powinno być twarde, żeby mój kręgosłup wypoczął, kołdra lekka, żebym się nie dusił pod nią, a poduszka płaska, żeby mi do nosa  nie wchodziła. Spojrzała na mnie jakoś dziwnie i spytała, co z nią w takim razie. Dopiero wtedy tak bardziej się na niej skupiłem. Odpowiedziałem, że nie chcę mieć z nią nic do czynienia, bo śmierdzi zgnilizną i spermą innych mężczyzn. Rzuciła się na mnie z pazurami. Nie wiem dlaczego. Nim się obudziłem, zdążyła mi podrapać lewą rękę.

Chłopak skończył mówić wzruszając na koniec ramionami tak, jakby chciał podkreślić, że nie rozumie zupełnie wybuchu agresji kobiety. Sklepikarz uśmiechnął się do niego szerzej widząc ten gest.

– Widocznie twój senny gość źle zniósł odtrącenie.

– Bardziej mnie dziwi, że rany nie chcą się goić tak szybko, jak zwykle.

Mówiąc to, chłopak odstawił kubek kawy i podciągnął rękaw cienkiej bluzy ukazując oczom pracodawcy głębokie szramy na przedramieniu. Sklepikarz przyjrzał się im uważnie. Nie krwawiły, a ich brzegi wyraźnie zaczynały się do siebie zbliżać w procesie gojenia, ale od momentu przebudzenia minęły już dość czasu, by rany zdołały się zabliźnić. W końcu naturalne zdolności regeneracyjne organizmu chłopaka były niebywałe pod każdym względem.

– Obawiam się, że ta kobieta nie była wcale senną iluzją chłopcze – powiedział w zamyśleniu właściciel. – Chyba miałeś we śnie gościa, a ja odnalazłem naszego zbiega.

Sklepikarz wyszedł zza mahoniowej lady i podszedł do jednej z uginających się pod ciężarem towaru półek. Przez chwilę przyglądał się nagromadzonym tam rzeczom, kilka razy po coś sięgał, ale zaraz odkładał na miejsce, aż wreszcie znalazł to, czego szukał. Ostrożnie ujął w dłoń niewielki, szklany flakonik umieszczony w siateczce splecionej ze srebrnego sznurka. Szkło zafarbowane było na bordowo, a całość zapieczętowano grubym korkiem odlanym z metalu. Mężczyzna przyjrzał się flakonikowi uważnie. Na pierwszy rzut oka wydawał się on całkowicie nienaruszony, a jego zawartość prawidłowo zabezpieczona, kiedy jednak oczy koloru indygo przyjrzały się uważniej, dostrzegły sieć drobnych pęknięć.

– Tak też podejrzewałem – powiedział pokazując pomocnikowi uszkodzony flakonik. Zdaje się, że wpadłeś w oko naszemu zbiegłemu sukkubowi.

– To jakiś nasz okaz? – Zdziwił się chłopak pijąc dalej spokojnie kawę, jakby właśnie usłyszał, że za oknem przestało padać.

– To był nasz okaz. Niedawno uciekł ze swojego więzienia i postanowił uzupełnić zapas energii życiowej. W sumie wyczułem, że coś się tu pałęta, ale nie szczególnie się tym przejąłem. Miałem się tym później zająć. Uznałem, że to nic pilnego, bo w końcu nie zagrażało mi w żaden sposób, ale muszę prosić cię o wybaczenie chłopcze. Mając ciągle do czynienia z Pradawnymi, Świętymi, Buntownikami i wszelkiej maści długowiecznymi, zupełnie zapominam, jak młody wciąż jesteś, jak wiele wciąż nie wiesz.

Sklepikarz spojrzał na swojego pomocnika z zadumą. Przez chwilę trwał tak w milczeniu, jakby coś wspominał, a może nad czymś się zastanawiał, ale nim te myśli zawładnęły nim na dobre, potrząsnął energicznie głową i spytał:

– Chłopcze powiedz mi, co słyszałeś o sukkubach?

– Nic – odpowiedział pomocnik pociągając kolejny łyk gorącej wciąż kawy.

Sklepikarz poprawił odruchowo okulary na nosie, po czym zaczął wyjaśniać.

– Tak myślałem. Widzisz, sukkuby są odmianą demona-pasożyta. Wybierają sobie tymczasowego gospodarza, uwodzą go, nakłaniają do stosunku podczas którego wysysają część energii życiowej, a gdy jest jej za mało, zaczynają go straszyć czerpiąc siłę z paniki zasianej w jego sercu. Powtarzają ten proces każdej nocy osłabiając ofiarę coraz bardziej, aż doprowadzają do jej zgonu. Oczywiście to wielkie uproszczenie, bowiem jest wiele różnych odmian, ale nie będę już wchodził w zbędne szczegóły.

Pomocnik w zamyśleniu popatrzył się na trzymany w dłoni kubek, poruszył nim lekko, by płyn zafalował, potem zrobił to jeszcze raz, jakby wywołana w ten sposób fala była jego zdaniem za mała. Kiedy poczuł się już usatysfakcjonowany tą czynnością, napił się trochę kawy i spytał:

– A drogi był ten sukkub?

– Nie. Jest ich dużo, łatwo je schwytać, nie są wiele warte, ale to bez znaczenia – odpowiedział Sklepikarz uważnie przyglądając się chłopakowi.

Atramentowe oczy oderwały się wreszcie od niewielkiego naczynia i skoncentrowały na właścicielu sklepu.

– No właściwie to ma znaczenie.

– Dlaczego? Teraz najważniejsze jest schwytanie sukkuba i odcięcie go od ciebie. Musimy go ująć, inaczej kolejne noce będą coraz gorsze. To zajmie tylko chwilę, bo w końcu… – Zaczął wyjaśniać Sklepikarz, ale pomocnik przerwał mu w połowie zdania.

– No z tym ujęciem, to będzie właśnie problem.

Zaintrygowany właściciel przyjrzał się swojemu pomocnikowi jeszcze uważniej. Właściwie, co ten młody chłopak chciał mu powiedzieć? Coś w jego umyśle poruszyło się lekko, jakaś myśl na skraju świadomości domagała się uwagi. Nagle jego zmysły wyostrzyły się, umysł szybko przeanalizował energię otoczenia i oto była jego odpowiedź. W Sklepiku nie było żadnego, pozostającego na wolności sukkuba. Sklepikarz spojrzał na swojego pomocnika z niemym pytaniem wypisanym na twarzy. Tamten dostrzegł to natychmiast, nim jednak odpowiedział, upił jeszcze jeden łyk nad czymś się głęboko zastanawiając.

– Za dużo tłumaczenia – powiedział wreszcie wzdychając przy tym lekko. – Proszę pójść za mną do mojej części zaplecza, a myślę, że łatwiej mi będzie wszystko wyjaśnić.

Sklepikarz podążył za chłopakiem bez zbędnych słów. Cokolwiek ten miał mu do pokazania, z pewnością było to warte zobaczenia, poza tym jego pomocnik nie był urodzonym mówcą. Wrodzony pragmatyzm sprawiał, że każdy, nawet największy problem przedstawiany był w kilku zwięzłych zdaniach. Widać, te atramentowe oczy potrafiły przejrzeć i rozłożyć na czynniki pierwsze wszystko, co je otaczało.

Kiedy dotarli do niewielkiej części sypialnej chłopaka odgrodzonej od reszty pomieszczenia parawanami, ich oczom ukazał się dość osobliwy widok. Na ziemi, tuż obok skromnego, twardego łóżka, leżała kobieta w zwiewnej, czerwonej sukni. Dookoła niej zaczynała krzepnąć powoli wypływająca z licznych ran krew. Blade ciało było w fatalnym stanie. Z twarzy zostały jedynie strzępy, z rozprutego brzucha wypływały wnętrzności, prawa ręka została wyrwana z barku, a oba kolana wyginały się pod nieprawdopodobnymi kątami. Widząc to wszystko Sklepikarz nie potrafił ukryć zdziwienia. Chłopak przyglądał mu się niepewnie obawiając się jego reakcji. Wreszcie chyba dość miał już czekania w ciszy, bo powiedział tylko:

– To było silniejsze ode mnie. Straciłem nad sobą panowanie, gdy mnie zaatakowała.

Słysząc to Sklepikarz otrząsnął się wreszcie z pierwszej fali szoku, spojrzał spokojnie na swojego pomocnika i uśmiechnął serdecznie.

– Chyba cię nie doceniałem chłopcze. Czy zechcesz mi opowiedzieć o tym wszystkim?

– No w sumie już większość powiedziałem, ale pewnie chodzi o tę drugą część, prawda? Kiedy mnie zaatakowała, chciałem się obudzić, ale nie potrafiłem. Wtedy poczułem zapach mojej krwi i zrozumiałem, że być może to wszystko jest tylko snem, ale rana jest prawdziwa. Nagle zauważyłem, że przestaję widzieć świat tak, jak widzę go na co dzień. Wszystko stało się wyraźniejsze, ostrzejsze, prostsze. Zrozumiałem, że zawładnął mną instynkt i przyjąłem swoją prawdziwą formę. Zobaczyłem przerażenie w oczach tej kobiety, ale jednocześnie wyczułem, że wcale nie zamierza się poddać. Skoro chciała walczyć, nie mogłem się wycofać. Uderzyłem dziobem w twarz miażdżąc jej nos i rozrywając skórę, potem zrobiłem to jeszcze kilka razy, by uszkodzić oczy. Nie wiem, czy potem, czy jednocześnie, uderzyłem ją kilka razy skrzydłami, a tylną kończyną rozprułem brzuch. Nie wiem też, jak ani kiedy okaleczyłem jej nogi, czy rękę. To działo się za szybko. Chwilę później ona już nie żyła, a ja wreszcie się obudziłem. Kiedy się podniosłem z łóżka, moja ręka krwawiła, a na podłodze leżało to ciało. Zdziwiło mnie, że mara senna jest tak realna, ale wtedy przypomniałem sobie jedną z pierwszych rozmów z tym pieprzonym… znaczy z Al. Pamiętam, że wyjaśnił mi, że Międzystan jest miejscem, gdzie duchowość staje się materialna, jak po Drugiej Stronie i w Niebie. Może i była demonem ze snu, ale w tym sklepie jej duch miał formę, a ja ją okaleczyłem śmiertelnie. Myśląc o tym zrobiłem sobie kawę i wyszedłem do pana, bo chciałem się spytać, czy była wiele warta.

Chłopak umilkł zmęczony tak długą wypowiedzią. Na ogół ograniczał się do prostych, pojedynczych zdań, ale tym razem chciał wszystko porządnie wyjaśnić. Jednym tchem wypił resztę wciąż dość ciepłej kawy. W tym czasie Sklepikarz obejrzał ostrożnie leżące na ziemi ciało nie przestając się przy tym lekko uśmiechać.

– No cóż chłopcze… – Zaczął wreszcie nadzwyczaj radosnym głosem. – Ta dość nietypowa sytuacja sporo mi o tobie powiedziała. Może i fizycznie się nie starzejesz, ale dorastasz wyjątkowo szybko stając się z każdym dniem coraz silniejszym. Czy ten sukkub był wart wiele? Nie. Nie wiem, czy sto, tysiąc, albo i nawet sto tysięcy takich demonów dorównałoby wartością tobie. Następnym razem, kiedy dojdzie do zerwania pieczęci i ponownie coś się uwolni, nie martw się takimi drobiazgami, jak wartość okazu. Broń się i zabij, jeśli to będzie konieczne. W moim wspaniałym sklepie jest wiele cennych, jedynych w swoim rodzaju cudów, ale najwspanialszym z nich, jesteś dla mnie ty.

– To znaczy, że nic się nie stało?

Chciał się upewnić chłopak. Sklepikarz zaśmiał się cicho w odpowiedzi, po czym zaczął mówić:

– Oczywiście, że nie. Najważniejsze…

– Tylko tyle w sumie chciałem wiedzieć. – Przerwał mu pomocnik wychodząc z zaplecza. – Pozbędzie się pan jej dla mnie? Ja dokończę ścieranie kurzy, nim znów pan coś zepsuje uwalniając coś, co będzie mnie potem chciało zabić. Poza tym w szafie znów coś się rusza, a ta stara…

– Ojej – szepnął do siebie Sklepikarz czując, że popełnił właśnie poważny błąd i być może swoim szczerym zapewnieniem uwolnił coś o wiele gorszego, niż jeden słaby sukkub.

Koszalin 2013 r.